niedziela, 9 lutego 2014

ZIMA ZIMA ZLA



I znowu pada. Po zaledwie dwoch dniach z odrobina slonca. Nie zdazylam sie tym sloncem nacieszyc. Tylko troszke zagrzalam moje coraz starsze kosci ;-). Pogrzebalam nieco w kwiatach. Malzonek zaczal przygotowywac ogrodek pod nowe grzadki. A tu dzis rano obudzily nas grzmoty i blyskawice. Za oknem ciemno jakby byl srodek nocy choc zegar wskazywal 9 rano. I chorem powiedzielismy "Znowu ? ". Ilez mozna. Chyba nigdy sie nie przyzwyczaje do takiej zimy. Bo to ani wyjsc z domu na spacer, ani porobic cos  w ogrodku, nie wspomne juz o zrobieniu zwyklego prania. Fakt , ze moge suszyc w lazience, ale zapach swiezosci i podworka daje praniu niezastapiona jakosc.


Wiec siedze w domu i zbijam baki. Jest niedziela i tradycyjnie nic nie robie. W niedziele sie relaksuje. Co prawda moglabym poprasowac, powinnam skrocic sobie spodnie, mam pare robotek decuopage, ale niedziela jest niedziela. Dzien calkowicie dla rodziny i nicnierobienia. I tak mysle o tej smutnej zimie i przypomniala mi sie ta sprzed dwoch lat. A dokadnie wlasnie luty 2012 roku. Wtedy to zdarzyl sie cud. Tak to przynajmniej dla mnie wygladalo. Przez poprzednie 10 lat wzdychalam do Polskiej zimy. Opowiadalam wszystkim jak to cudowne jest robic aniola posrod miekkiego puchu. Wspominalam lodowisko organizowane przez rodzicow na skwerku przed blokiem, walki na kulki, fortece, proby robienia igloo i oczywiscie tysiace balwanow. Ilez to godzin spedzilam na gorkach niedaleko szkoly podstawowej zjezdzajac na sankach, wracalam do domu mokrusienka, ale bardzo szczesliwa.  Dla mnie bylo nawet magiczne skrzypienie butow podczas maszerowania po sniegu.

I tu pewnego poranka budzimy sie we Wloszech, patrzymy za okno i co widze ?



Prosze co za widok. Stalam przy oknie patrzac na ten krajobraz i usmiechalam sie sama do siebie. Moje modlitwy zostaly wysluchane. Emanuele biegal od jednego okna do drugiego sprawdzajac czy to nie sen. W tym samym momencie zadzwonil telefon do meza z pracy, zeby nie przyjezdzal bo ulice sa nieprzejezdne. Maz sie zdziwil "Dlaczego ?", wiec mu odpowiedzieli "Spojrz za okno". W miedzyczasie Manu wlozyl kurtke i kalosze ( kozaczkow nie mial, bo nigdy nie potrzebowalismy) i wolal tate "Szybko, szybko idziemy na dwor zanim wszystko zniknie . Idziemy robic aniola, tak, jak opowiadala mamusia ". Ja za nimi  z mysla, ze trzeba koniecznie uwiecznic te chwile, bo kto wie, kiedy sie powtorzy. 



Jak widac na zdjeciu chlopaki nie sa nawet odpowiednio ubrani, bo po prostu nie mielismy odpowiedniego sprzetu. Maz opowiadal, ze on pamieta kilka dni sniegu w Rzymie ponad 20 lat wczesniej. Ale, ze nawet wtedy nie bylo az tyle bialego puchu. 
Od razu rozpoczeli delikatne dotykanie sniegu. Sprawdzali czy rzeczywiscie kazdy puch rozni sie od kolejnego i czy sa jak krysztalki. Emanuele probowal zrobic aniola, ale niestety snieg byl zbyt mokry . Zadowolil sie walka na kulki i lepieniem balwana. Przebieralismy sie kilka razy, suszylismy tyle samo, ale najwazniejsza byla chwila. 

Snieg zablokowal caly Rzym i okolice. My musielismy zostac w domu przez tydzien. Drogi byly zupelnie nieprzejzedne, szkoly zamkniete, wiele sklepow rowniez. Szczescie, ze zrobilismy zakupy na dzien przed sniegiem. Od razu zwiekszyla sie sprzedaz lancuchow na kola do samochodow. Na podjazd sypalismy sol, ale samochod i tak slizgal, ze hej. Wiec zostalismy w domu cieszac sie widokiem za oknem. Zapalalismy w kominku, wlaczalismy filmy o zimowej tematyce, pilismy goraca czekolade, przykrywalismy sie cieplym kocem modlac sie w duchu, zeby to sie nigdy nie skonczylo. 
Blogie chwile w rzeczywistosci trwaly tydzien. Snieg w takiej duzej ilosci spadl dwa razy. Nie wiem, kedy drugi raz zdarzy sie taka sytuacja. W tym roku, jak juz pisalam pada ciagle deszcz. W 2012 roku spadl snieg zapewne tez dlatego, ze byla to dosc sroga zimna. Jesli temperatura nie schodzi ponizej zera naturalne jest, ze zamiast sniegu pada deszcz. Ciesze sie mimo wszystko, ze moje chlopaki mialy taka okazje przezyc magiczne chwile. Moj syn byc moze juz nigdy wiecej nie zobaczy na zywo we Wloszech sniegu. Teraz wspominamy tamte momenty, ogladamy zdjecia i planujemy kiedy to pojedziemy do Polski zima. Marzymy ogromnie spedzic Boze Narodzenie w Polsce. Emanuele uwielbia przede wszystkim moje opowiesci o czekaniu na pierwsza gwiazdke na niebie i wpatrywanie sie w lampy na dworzu i spadajacy snieg wieczorowa pora. 

Jak na razie pozostaja nam wspomnienia tamtej zimy, cudownej zimy, takiej, jaka kocham od najmlodszych lat. 



sobota, 8 lutego 2014

DRZEWO

 Tego roku zima jest ochydna, brzydka, szara, wilgotna i bardzo, ale to bardzo deszczowa. Najchetniej pozostalabym w lozku i nie wyszla z niego do dnia, kiedy zaswieci slonce jak to na Wlochy  przystalo.
Bo Italia znana jest miedzy innymi z bardzo slonecznej pogody. Jak zreszta inne kraje srodziemnomorskie. Ja uwielbiam zime, ale te nasza polska, cudowna, biala, puchowa. Nadal do niej tesknie zwlaszcza w Boze Narodzenie. Tu taka zime mozna zobaczyc na polnocy kraju przy granicy z Niemcami, Austria, Francja czy Szwajacaria, gdzie zreszta klimat jest prawie taki sam jak w Polsce. Zima jest zimno, ale da sie wytrzymac.

Natomiast w centralnych Wloszech, gdzie klimat jest bardzo wilgotny zima jest okropna. Dlugo jest cieplo, np. w Boze Narodzenie na termometrze widnialo 20 stopni, a potem jak zaczyna padac to praktycznie nie przestaje przez dwa miesiace. Ma sie wrazenie, ze sie jest w Anglii. Nie lubie absolutnie.
Wyjatkiem byla zima sprzed dwoch lat, kiedy to niespodziewanie w lutym w Rzymie i okolicach spadl snieg. Cos niezwyklego. Bylismy zablokowani przez tydzien, ale za to szczesliwi jak male dzieci. Zablokowani, bo region nie byl przygotowany na taki przebieg zimy.

Cos, co zauwazam od kilku lat to drastyczna zmiana pogody. Ostatnimi czasy bardzo czeste sa trzesienia ziemi nawet tam, gdzie bardzo rzadko mialy miejsce. Podczas burz opady gradu to czeste zjawisko i co najgorsze drzewa opadaja jak owoce z drzew. Akurat w tym temacie jestem dobrze zorientowana.

W zeszlym roku w ostani dzien wakacji przez Lazio, region, w ktorym mieszkam przeszla tak okropna burza, ze mnie sie wydawalo, ze to koniec swiata. W telewizji pokazywali ogromne zniszczenia. Zal mi bylo ludzi, ktorych one dotknely, ale nigdy bym nie powiedziala, ze i nas to dotyczy.

Wrocilismy do domu nastepnego dnia . Parkujac pod brama domu zauwazylismy dziwna pustke w miejscu ogromnego drzewa, ale myslelismy, ze ktos podcial galezie, ktore wychodzily poza posesje. W momencie, kiedy maz otworzyl brame uslyszalam okropny krzyk. Wyskoczylismy z synem z  samochodzu i ....nie zobaczylismy domu. Dom i plac przed domem, alejka i skwerek przykryte byly ogromnym swierkiem o wysokosci chyba 40 metrow i starym, jak swiat.

Strach, szok i inne temu podobne uczucia mieszaly sie nam w glowach. Synek zaczal plakac, ze nie mamy juz domu, ja, ze trzeba szybko dzwonic po pomoc a maz wolal psa, jednoczesnie schodzil sprawdzic sytuacje.



Kiedy uslyszelismy wycie psa uspokoilismy sie nieco. Pies zyje i to jest wazne. Na szczescie szybko okazalo sie rowniez, ze i dom jest caly, Drzewo spadlo przed domem, doslownie zatrzymalo sie kilka centymetrow przed drzwiami wejsciowymi. Zadzwonilismy po pomoc. W takich momentach zawsze mozna liczyc na prawdziwych przyjaciol. Pieciu facetow do poznej nocy pracowalo pilami elektrycznymi zebysmy mogli wejsc do domu. Tu na zdjeciu juz na drugi dzien po grubszym posprzataniu. Jakos nie mialam w glowie robienia zdjec podczas uwalniania psa i przejscia. 

Sprzatanie samego placu zajelo nam prawie tydzien, ale nic to, wazne, ze dom byl caly. Poza kilkoma dachowkami i doniczkami nic innego sie nie zniszczylo. Musialam tez na nowo zasadzic moje ziola, ale to szczegol. Jak sie pozniej okazalo z opowiadan znajomych wlasnie tego dnia, kiedy byla burza, przez nasza okolice przeszla tromba powietrzna. Wiatr mial tak ogromna sile, ze drzewa doslownie kladly sie na ziemi. Nasze drzewo stalo na wzgorku, samo. Szperajac po internecie dowiedzialam, ze ten typ drzewa ma niestety plytkie korzenie i zdarza sie, ze pod wplywem silnego wiatru opadaja. 



Az trudno uwierzyc, ze tak ogromne drzewo moze miec takie male korzenie. 
Po calym tym zdarzeniu do dzis pozostal mi strach, kiedy wieje silny wiatr zwlaszcza, ze mamy drugie takie samo drzewo za dome. To na szczescie znajduje wsrod wielu innych drzew, wiec jest malo prawdopodobne, ze i ono opadnie, ale ja mimo to mam stracha. 

Mimo to powtarzam sobie, ze nie ma tego zlego, co by na dobre nie wyszlo. Dzieki temu wypadkowi mamy sporo drzewa do palenia w kominku co zima uwielbiamy. Moj maz moze godzinami wpatrywac sie w ogien. Mowi, ze ma magiczna moc, uspokaja go i bardzo relaksuje.
Poza tym przewidzielismy, ze spora czesc pnia wykorzystamy na jakies robotki. To znaczy ja dalam pomysl a maz zrealizowal. Mieszkajac na wsi najlepszym rozwiazaniem jest zagospodarowanie podworka. 



To moja perelka. Taka donice widzialam bedac u kolezanki w jej gorskim domku. Spacerujac po miasteczku przy wielu domach byly takie donice. Bardzo mi sie spodobaly i planowalam, ze predzej czy pozniej poprosze meza, zeby mi taka zrobil. Kto by pomyslal, ze nie bede musiala dlugo na nia czekac. 
Maz natomiast postanowil, ze zrobi lawki. Latem czesto zapraszamy przyjaciol na grilla i plastikowe krzesla nie zawsze wystarczaly. Rozwiazalismy ten problem dzieki drzewu. 



W sumie sa cztery duze lawki, tak ze mozemy urzadzic male przyjecie. Latem jest rewelacyjnie, zwlaszcza wieczorem, spokojnie, gwiezdziste niebo, jak w raju. 

Dodatkowo okazalo,ze dzieki temu, ze drzewo spadlo moglismy przyspieszyc sprawe paneli slonecznych. Wczesniej nie bylo wiadomo czy bedzie mozliwe zainstalowanie ich na dachu domu wlasnie ze wzfledu na wysokie drzewo. Wobecnej sytuacji nic nie stalo na przeszkodzie. I tak dzisiaj nie dosc, ze mam super donice, swietne lawki, drzewo na opal to jeszcze oszczedzam sporo na energii elektrycznej. 
Ale nie chcialabym, zeby zawitala tu kolejna tromba powietrzna. 



Zdecydowanie o wiele bardziej wole piekna i sloneczna Italie. 

wtorek, 4 lutego 2014

JAK TO POLKA NAMIESZALA W RODZINIE ...



Rodzine mojego meza poznalam pozno, bo rok po tym, od kiedy zaczelismy nasza historie. Praktycznie najpierw wprowadzilam sie , a potem powoli, powoli maz przedstawial mi rodzine, a nie mnie rodzinie. I bardzo dobrze. Na poczatku dziwilo mnie, dlaczego maz nie chce mnie przedstawic, bylo mi nawet przykro. Czasami mialam wrazenie, ze nie traktuje mnie powaznie. Jednoczesnie wiedzialam jednak, ze Luigi nie jest osoba, ktora opowiada na prawo i lewo fakty swojego zycia. To prawda, ze decyzja o zalozeniu rodziny nie jest malostka i wypadaloby przynajmniej oznajmic te nowine ojcu, ale za niechecia wobec rodziny kryla sie bardzo wazna motywacja.


Maz ma dwie siostry i dwoch braci oraz ojca. Mama umarla kilkanascie lat temu. Nie poznalam jej i jak mi sie wydaje chyba dobrze sie stalo. Na moje pytanie czy podobalabym sie jej, Luigi zawsze odpowiada "Oszalaby na punkcie wnuka". No coz, poslubilam jej ulubienca. Wiem, ze byla bardzo zaborcza wobec syna.
No wiec powoli poznawalam rodzenstwo meza. Najpierw dwoch braci z rodzinami, a na koncu siostry. Wszystko wydawalo sie w porzadku. Siostry bardzo szczesliwe, ze wieczny kawaler wreszcie zdecydowal sie ulozyc sobie zycie. Och jak to pieknie, jak to cudownie. Ale...

Polka nie chciala dostosowac sie do regul typowej wloskiej rodziny z poludnia. Jak juz pisalam w poprzednich wpisach Luigi pochodzi z Neapolu. Neapol jest dokladnie taki, jak go widzimy w starych filmach. Halasliwy, chaotyczny, ludzie krzyczacy, pranie porozwieszane na sznurkach miedzy kamienicami, wszyscy wiedza wszystko o wszystkich. Cos jak na polskiej wsi.
Ale maz juz od ponad 20 lat mieszkal i pracowal w Rzymie i z Neapolem mial coraz mniej wspolnego, wrecz robil wszystko, zeby zatrzec slady neapolitanskiego pochodzenia. Bo tu wiadomo, ze jesli jestes z Neapolu, to na pewno kradniesz, kombinujesz, nie placisz podatkow, nie masz za grosz kultury. Taki stereotyp, choc jest w tym duzo prawdy.
Jedyny, ktory nadal mieszkal w Neapolu, byl moj tesc....teraz od dwoch lat mieszka niedaleko nas, dolaczyl do swoich dzieci. Bo za moim mezem po kilku latach od jego wyjazdu do Rzymu, podarzylo rodzenstwo z mama. Pewnego dnia zapukali do jego drzwi i juz zostali. Ale to na kolejna historie. W ogole rodzina Rossi jest bardzo oryginalna, na pewno sporo o niej bedzie. :-)


Ale wracajac do niesubordynowanej Polki, nie szukalam najprosciej opisujac przyjaciolek w moich szwagierkach. Mam dosc silny charakter i jak juz tez pisalam nie lubie, kiedy mi sie mowi, jak mam zyc. Wedlug Wlochow jesli jeszcze nie skonczyles 30 lat nie znasz sie absolutnie na zyciu i oni nie moga sie doczekac, zeby Cie tego zycia nauczyc. A dokladniej, masz robic tak, jak Ci sie doradza. Wiec, jesli szwagierka oczekuje, ze bedziesz jej codziennie zdawac relacje to tak ma byc. Masz urzadzac mieszkanie wedlug jej gustu, opowiadac o sprawach intymnych i w ogole najlepiej robic wszystko tak, jak radza szwagierki. No a ja sie buntowalam. Chcialam zyc wlasnym zyciem, rzadzic w moim domu, dzwonic wtedy, kiedy uwazalam za stosowne i miedzy innymi nie chcialam, zeby mi zawracano glowe. Szwagierki sa cztery wiec nie bylo latwo, ale dalam rade. Poustalalam szybko, ze ja lubie tak i tak, i jesli to akceptujecie to milo, a jesli nie, to trudno. Bo ja mialam 27 lat, ale w glowie juz od dawna bardzo poukladane i szanuje prywatnosc innych , ale przede wszystkim szanuje moja prywatnosc i chce, zeby ja szanowano.
Lubie, jak mnie ktos odwiedza, ale nie lubie niezapowiedzianych wizyt. Syna chce wychowywac po swojemu, doceniam rady, ale sama o nie poprosze. I co najwazniejsze i najtrudniejsze do zaakceptowania dla rodzinki, moje malzenstwo to malzenstwo bardzo partnerskie. Moj maz jest swietnym kucharzem i kuchnia to jego krolestwo, ja jestem mozna rzec od posprzatania po rewolucji, ale tak nam odpowiada. Mial i nadal ma ogromne z tym problemy moj tesc. No bo jak to, facet to facet, glowa rodziny i to on powinien byc obslugiwany. A tu nie dosc, ze cudzoziemka, mlodziutka to w dodatku ustawia go jak jej sie chce. Cos podobnego !!!
I nawet sie nie zastanowil, ze byc moze synowi tak wlasnie odpowiada.

Tesc zreszta odstawil pare niezlych numerow, z czego jeden tak przykry, ze dlugo nie przekraczal progu mojego domu.
My z mezem ustawialismy sobie zycie troche na odwrot. Najpierw urodzil sie Manu, a po 10 miesiacach wzielismy slub. Czekalismy dlugo na dokumenty z Polski. Wracajac jednak do tescia, dzien przed slubem  zaprezentowal sie w pracy u meza. Ten przestraszony, ze cos zlego sie stalo, prawie wyrzucil przesluchiwanego z biura ( jest inspektorem policji). Szybko okazalo sie, ze tesc odwiedzil meza, po to, zeby go przekonac, zeby sie nie zenil.  "Bo skad mozesz wiedziec czy ta dziewczyna nie chce Cie wykorzystac? Czy nie wychodzi za maz dla interesu? Byc moze szybko Cie zostawi i ucieknie, sprzeda co sie da i Ty zostaniesz bez niczego. A w ogole to jestes pewny, ze dziecko jest Twoje. Bo ja sie martwie, bo ja to z dobrego serca..."
Jak szybko wszedl do biura, jeszcze szybciej zostal wyrzucony. Ja sie o tym dowiedzialam kilka dni po slubie. Tesc mimo wszystko na slubie byl, usmiechniety zyczyl wszystkiego najlepszego. No coz...

Jak sie okazuje takie historie nie tylko na filmach mozna ogladac. Dlugo zastanawialam sie jak zareagowac na te scene. Po kilku miesiacach powiedzialam tesciowi, ze  o wszystkim wiem, ze ja  nikogo nie musze przekonywac o mojej milosci do Luigiego, jesli nie jego samego. Powiedzmy, ze wybaczylam. Coz moge poradzic na ludzka ignorancje. Zreszta bardzo szybko mialam satysfakcje.

Tesc od zawsze uwielbial kobiety. Z tesciowa przez wiele lat byli w separacji, bo on do wiernych nie nalezal. Charaktersytyka bardzo popularna wsrod Wlochow. Od kilku lat jednak byl sam. Nie bardzo mu odpowiadala ta sytuacja. Czesto chodzil na dancingi w poszukiwaniu nowej kobiety. W koncu poznal duzo mlodsza od siebie ( 25 lat o ile sie nie myle) Ukrainke. Jak sam mowil szukal kobiety, ktora by sie nim zaopiekowala na stare lata. Po 3 miesiacach znajomosci poslubil te kobiete, pomogl jej z dokumentami na staly pobyt we Wloszech, wzial pozyczke, bo ona chciala otworzyc laboratorium krawiecke.....a ona bardzo szybko zniknela z pieniedzmi, bizuteria, nowiusienkimi maszynami do szycia i wyszywania i tyle ja widzieli. Do dzisiaj nie wiadomo, gdzie sie znajduje.

Dzis po 10 latach moje stosunki z rodzina meza sa bardzo cywilizowane. Szwagierki i szwagrowie zaakceptowali moje reguly i  udaje nam sie zyc w jako takiej zgodzie. Jak to sie tu mowi PARENTI SERPENTI ( RODZINA JAK WEZE) staram sie nie rozciagac za bardzo weza.

A tescia tez udalo mi sie przyszpilic. Bo poza watpliwosciami jesli chodzi o moje uczucia do jego syna, mial zawsze cos do powiedzenia na temat polskiego jedzenia, tradycji. Dla starego Wlocha najlepsze jest wszystko, co wloskie, a juz to, co z Neapolu to numer jeden na swiecie.
I tak calkiem niedawno bardzo zaskoczylam starego wyge.



To jest BABà NAPOLETANO. Ciastko typowe z Neapolu. Nic innego jak biszkopcik namaczany woda aromatyzowana rumem. Ciastko, z ktorego Neapol jest bardzo dumny. Az tu nagle pewnego dnia malzonek oznajmil mi, ze babà w rzeczywistosci nie pochodzi z Neapolu a z Polski. Tak! Z Polski! Biszkopt to ciasto typowo polskie przeciez. Okazuje sie, ciastko to zostalo wymyslone w XVIII wieku na dworze krola Stanislawa Leszczynskiego, a jego nazwa pochodzi od Ali Baby i od starej baby (hahaha) , ze wzgledu na jego miekkosc. Krol przypadkowo wylal na ciastko kieliszek rumu, stad jego aromat. Ciastko z Polski powedrowalo do Paryza, gdzie oczywiscie szybko stalo sie popularne, a dopiero z Paryza dotarlo do Neapolu dzieki francuskim ciastkarzom, ktorzy czesto pracowali u neapolitanskich arystokratow.

Tesc z bardzo kwasna mina stwierdzil, ze nie mial pojecia o tym fakcie, probowal dodac, ze ciastko na pewno w Neapolu bylo perfekcjonowane, ale fakt jest faktem. Jak widac nie wszystko, co dobre pochodzi z Wloch. Polska kuchnia ma rowniez wiele pysznych dan. 


I tak to mala Polka zrewolucjonizowala wloska rodzine. :-) 



poniedziałek, 3 lutego 2014

DLACZEGO SEMOTTOLANDIA ?



Kazda para daje sobie przezwiska, slodkie imiona , zmiekcza imiona oryginalne. Mezczyzni zazwyczaj do kobiety mowia Skarbie, Kochanie albo najprosciej Mala. My rowniez dolaczylismy do tego grona. Ale bedac para inna od pozostalych wyroznilismy sie i an tym polu.

Jadac kiedys samochodem, kiedy bylismy jeszcze tylko para narzeczonych maz powiedzial do mnie Semotta :-). Wyraz ten pochodzi od Sciemotta, czyli gluptasek, ale maz je zmiekczyl. Oczywiscie nie oznacza to, ze ma mnie za glupiutka kobietke. O ile mnie pamiec nie myli wlasnie tego wieczora pomylilam cos w jezyku wloskim, on mi zwrocil uwage, a ja troszke sie zdenerewowalam. Bedac perfekcjonistka i ososba, ktora lubi miec wszystko pod kontrola nie za bardzo lubie, kiedy zwraca mi sie uwage na bledy. Na szczescie maz rozladowal atmosfere nowym przezwiskiem, mnie sie ono spodobalo i sytuacja zostala uratowana. Zreszta kiedy sie jest zakochanym podoba ci sie wszystko, co robi druga osoba.

Potem juz naturalne bylo, ze i syn zaczal byc tak nazywany przez tate. Jeszcze dzis mam przed oczami scene w szpitalu. Emanuele urodzil sie o 14.40 poprzez cesarskie ciecie. Ze wzgledu na to, ze to nie byla cesarka planowana, podano mi calkowita narkoze i mialam zobaczyc synka nastepnego dnia. Maz na szczescie poprosil goraco pielegniarke,zeby przyniesiono bobasa tego samego wieczora podczas wizyt dla tatusiow. I wlasnie wtedy zobaczylam najslodsza scene mojego zycia. Wielki misiek ( 185 cm wzrostu, wysportowany) trzymal w ramionach mala istotke a z oczu mu lecialy lzy. I szeptem powtarzal "Finalmente sei tra di noi Semotto di papà " ( nareszcie jestes wsrod nas Semotto tatusia). A potem to juz bylo tylko lepiej. Maz bez narzekania zmienial peluchy, kapal, dawal jesc, bawil sie z synem. Moze to dlatego, ze zostal tata bedac juz dojrzalym mezczyna. Jak sam mowil , byl gotowy na rodzicielstwo. Poza tym mialam wrazenie, ze chodzil kilka centymetrow ponad ziemia. Marzyl o synu i jego marzenie spelnilo sie.

Ja nie wiem czemu, od dnia, kiedy odkrylam, ze jestem w ciazy bylam pewna, ze to bedzie chlopiec. Nie robilam zadnych prob z pierscionkiem czy obraczka, nie obserwowalam rosnacego brzucha, nie zwracalam uwagi na zachcianki. Wiedzialam, ze to bedzie syn i koniec. Ktos w miedzyczasie probowal mi wmawiac, ze raczej dziewczynka, ale ja bylam niezwyciezona. Ach, serce matki. I mialam racje.

Moze to dlatego, ze od kiedy pamietam zawsze chcialam miec syna. Balam sie, ze gdyby byla dziewczynka mialaby tak trudny charakter jak ja, hahaha, to zartem. Ale rzeczywiscie wolalam chlopczyka, bez specjalnego motywu. Ot tak po prostu. Widzialam oczami wyobrazni wspanialy uklad miedzy mna a synkiem, ogromna wiez, ta typowa wloska, bardzo znana na calym swiecie. Potwierdzam. To wszystko prawda. Emanuele to maminsynek jak sie patrzy. Jest miedzy nami magiczna wiez, ktora tylko my rozumiemy, jak na razie jestem jego wielka miloscia i kobieta jego zycia. Wloch tak bardzo kocha wlasna matke, ze jest nawet zazdrosny o ojca. Przyznaje, ze ten aspekt bywa stresujacy, ale jakos dajemy rade.


Emanuele jeste Emanuelem, bo bardzo podobaja mie zydowskie imiona. Spisalismy z mezem liste imion, ktore sie nam podobaly i wybieralismy. Mial byc najpierw Samuele, ale w koncu stanelo na Emanuele co oznacza "Bog z nami". Dla nas to konsakracja naszej milosci. Patrzac dzis na osmioletniego lobuziaka ma sie wrazenie, ze to imie wlasnie dla niego, nie moglby nosic innego imienia.

Jak mi przepowiedziala kiedys Cyganka, bylo mi to pisane. Bylam w 3 klasie liceum. Odprowadzalam kolezanke ze szkolnej lawy na autobus. Lubilysmy spacerowac po lekcjach, zwlaszcza, kiedy byla ladna pogoda. Czesto odprowadzalam ja na autobus na Plac Kosciuszki (ciekawe czy nadal sie tak nazywa), musiala dojezdzac do pobliskiego miasteczka. I wlasnie tam, przy tym Placu, byl piekny skwerek, alejki i laweczki i my czekajace na autobus. Zaczepila nas Cyganka. Cyganka prawde Ci powie panieneczko. My glupiutkie, marzace o szczesciu, wielkiej milosci, zdanej maturze, karierze, pieniadzach,  zdecydowalysmy sie zaszalec.  Tak zaszalalysmy, ze ja pozbylam sie 100 zlotych, co wtedy nie bylo malo. Bledy mlodosci. Choc jak sie pozniej okazalo nie tak do konca. Przypomne, ze mialam wtedy 17 lat.

Cyganka wywrozyla trzech synow ( juz chyba troche za pozno), ze wyjade mieszkac za granice i co najwazniejsze imie mojego meza bedzie sie zaczynalo na litere "L". Usmialysmy sie wtedy z kolezanka zwlaszcza z tej ostatniej przepowiedni. No bo jak to wyjde za maz za jakiegos Ludwika, Lecha lub Leona ? Polskie imiona wcale sie nam nie podobaly. Zapomnialam szybko, ze nie bede przeciez mieszkac w Polsce.

Minelo kilka lat. Zpomnialam na amen o Cygance. W miedzyczasie byl Tomek, Mariusz, potem Maurizio az w koncu Luigi. I tak wlasnie spotykalam sie z Luigim dalej nie pamietajac o Cygance. Bylam jednak juz pewna, ze to jest ten jeden jedyny. Od razu, kiedy sie poznalismy, mialam te pewnosc. Zamiast slynnych motyli, ja poczulam spokojne cieplo. A moze to te motyle tylko spokojniejsze ? Faktem jest, ze nie wiedzac czemu czulam, ze to tego mezczyzne poslubie, ze to z nim spedze reszte zycia. I wlasnie bedac z nim nie popelnialam glupstw, ktore sie popelnia na poczatku kazdej historii milosnej. Bylam spokojna i co najwazniejsze bylam naturalna, bylam po prostu soba.

A co do Cyganki? Po prawie roku bycia ze soba, kiedy to juz zdecydowalismy, ze zamieszkamy razem, kiedy zaczelismy rozmawiac o dziecku pewnej nocy zerwalam sie na rowne nogi . Spocona nie tylko dlatego, ze bylo goraco ( byl czerwiec), ale miedzy innymi, ze przysnila mi sie Cyganka sprzed kilku lat. I wlasnie wtedy przypomnialo mi sie wszystko i powiedzialam sama do siebie " To Ten!". Moj maz ma imie LUIGI !

Ale nie wyszlam za niego za maz, bo wywrozyla mi go Cyganka. Powiedzmy, ze przepowiednia Cyganki dodala koloru do naszej historii i wzmocnila to, co jest miedzy nami.
Dzis rodzina Semottow stworzyla wlasny swiat w Semottolandii, jak nazwalismy nasz dom.

Emanuele dzisiaj :-)

niedziela, 2 lutego 2014

Kocham shabby



Kocham shabby country. To styl urzadzania domu na wsi. Podpatrzylam go w telewizji ogladajac namietnie programy o urzadzaniu domow. Moglabym je ogladac non stop. Moze lepiej podgladac, bo wiele pomyslow przenioslam do wlasnego domu.

Nasz dom jest nieduzy, parterowy, dwie sypialnie, openspace czyli salon, jadalnia i kuchnia razem, dwie lazienki i maly przedpokoj oddzielajacy tzw. czesc dzienna od nocnej. Jak to sie w Polsce mowi, male, ciasne, ale wlasne. Nam wystarcza.

Kiedy wprowadzilam sie tutaj 10 lat temu, maz mial tylko najpotrzebniejsze rzeczy. Lozko, szafe, stol i telewizor. Czego moglaby zyczyc sobie kobieta wiecej jesli nie mozliwosci urzadzania domu wlasciwie od zera. Mialam niezle pole do popisu. Zwlaszcza, ze w miedzyczasie okazalo sie, ze jestem w ciazy i poza salonem i dokonczeniem sypialni musialam zorganizowac pokoj dzieciecy.

Wiele razy przez te dziesiec lat zmienialam ustawienie szaf, szafeczek a nawet kredensow. Szylam firanki, poszewki ozdobne na poduchy, bo je uwielbiam. Na scianach wisi calkiem spora galeria rodzinna.

Moj maz marzyl o kamieniach na scianach. Tworza one atmosfere starego "casale" ( dom z kamienia) , typowego dla wloskiego krajobrazu. A, ze dla niego nic co latwe nie jest zachecajace, postanowil, ze kamienie zrobi sam. Jak powiedzial, tak zrobil. Trwalo to prawie rok, ale slowa dotrzymal. Mnie sie tak spodobal efekt koncowy, ze w niedalekiej przyszlosci kamienna sciane zrobimy w sypialni , sciane przy lozku. Lozko jest z zelaza, wiec powinno wyjsc calkiem ciekawie.

Kocham rzeczy oryginalne, takie, ktorych nikt nie ma. Rzeczy zrobione tylko dla mnie albo ozdobione przeze mnie. Odnawiam stare meble dajac im nowe zycie. Staram sie, tak upiekszac dom, zeby byl cieply, zapraszajacy do zatrzymania sie chocby na mala kawe.


Tu na przyklad po wielu poszukiwaniach postanowilam sama ozdobic abazur, a stoliczek kiedys byl brazowy i bardzo porysowany. Po co wyrzucac, kiedy mozna odnowic wedlug wlasnego upodobania. W planach mam jeszcze wiele zmian. Nie moge sie doczekac, kiedy odnowie duza lazienke ( obok pokoju syna, mala z prysznicem jest przy sypialni) i wstawie wanne z lwimi lapami, marze o niej od wielu lat. Potem juz tylko cudowne kapiele, swiece, lampka dobrego wina i swietna ksiazka.

A na koniec jedno z moich dziel, z ktorego jest ogromnie dumna. Nie spodziewalam, ze bede zdolna zrobic sama cos takiego. Ale przy pomocy mojej wloskiej przyjaciolki zlotej raczki Maeli i ogromnej cierpliwosci uszylam serce shabby do powieszenia na kominku. Oczywiscie podpatrzone w tv. ;-)

A WSZYSTKO SIE ZACZELO TAK.....

Za oknem pada, ciagle pada. I tak juz prawie 3 tygodnie. Najcudowniejszy moment do czytania. Czegokolwiek. Na komodce przygotwane ksiazki, czasopisma, tablet i komputer. Wiec czytam, czytam. Zaczytalam sie w bloggach. Fajna sprawa. Kilka lat temu probowalam, ale jakos nie wyszlo. Wolalam czytac historie innych. Moja jest tak zagmatwana i trudna, ze nie wiem jakbym miala zaczac.

Sprobuje co mi z tego wyjdzie.


Mam na imie Agnieszka, za 16 dni skoncze 37 lat. Od prawie 13 lat mieszkam we Wloszech, 30 km od Rzymu. Jestem zona i mama. Maz Wloch , neapolitanczyk to moja druga polowka, wspanialy facet, wielki misiek o najcudowniejszym sercu na swiecie. Syn, Emanuele w czerwcu skonczy 9 lat, to moje cale zycie, moja duma i moje szczescie - jak kazdej mamy :-)

Jestesmy szczesliwa rodzina, bardzo normalna i bardzo kochajaca sie. Kiedys marzylam o takim zyciu i oto najlepszy przyklad, ze marzenia sie spelniaja. Moje czesto sie spelnialy. Dzieki temu mimo wielu chwil nieprzyjemnych udawalo mi sie isc do przodu.

13 lat temu zaczynalam moje zycie od nowa. Emigracja byla konsekwencja calkiem sporych problemow w Polsce. Wyjechalam, zeby od nich uciec z jednej strony i, zeby wlasnie zaczac wszystko od nowa. To byla bardzo trudna decyzja, wiele mnie kosztowala, ale dzis wiem, ze dobrze zrobilam. Czasami zycie wlasnie tego od nas wymaga. Znajdujemy sie na rozdrozu i musimu podjac bardzo trudna decyzje. Za soba zostawilam 24 lata zycia w ojczystym kraju, rodzine, znajomych, prace, ktora uwielbialam. Problem w tym, ze sytuacja, w jakiej sie znajdowalam spowodowana byla przez moja najblizsza rodzine i trwala przez ladnych pare lat. Bylam wykonczona, wlaczone w to byly inne osoby, rodzina , znajomi, sasiedzi. Miasto nieduze, ludzie sie znaja....

Faktem jest, ze w 2001 roku wyjechalam. Na poczatku Wlochy mialy byc przystankiem w drodze gdzie indziej. Zatrzymalam sie tutaj, bo bylam zakochana w tym kraju. Majac 16 lat bylam na szkolnej wycieczce we Wloszech . Zwiedzilam Wenecje, Padwe, Asyz, Florencje, Rzym i Rovereto i jak wielu innych zakochalam sie w slonecznej Italii. Ach.... kto by powiedzial, ze kiedys tu zamieszkam :-)

Zawitalam do Rzymu ...i juz zostalam. Nie bylo bardzo trudno, bo mowilam swietnie po angielsku i radzilam sobie po wlosku, ktorego uczylam sie na studiach. Dobrze, ze znalam troche wloskiego, bo Wlosi z angielskim nie radza sobie najlepiej, a ci, ktorzy mowia po angielsku maja kiepska wymowe i ciezko ich zrozumiec. Zreszta wloski to bardzo latwy jezyk zwlaszcza w porownaniu z polskim, hahahaha.


Znalazlam prace, dom i zaczelam zyc we Wloszech. W kazdej wolnej chwili odkrywalam wieczne miasto i zakochiwalam sie coraz bardziej w tym miejscu. Az po dwoch latach zycia tutaj zakochalam sie w przystojnym policjancie. Dzis jestem zona tego przystojniaka. :-)

W czerwcu 2005 roku urodzil sie nasz syn.


W kwietniu tego roku bedzie 13 lat, jak tu mieszkam. Bilans ogolny jest jak najbardziej pozytywny, ale nie ominely mnie i nieprzyjemne przygody. Wlosi to mily narod, ale niezbyt przychylnie patrza na malzenstwa mieszane. Zwlaszcza jesli zona pochodzi z Europy Wschodniej (wedlug Wlochow), jest sporo mlodsza od meza ( 13 lat) i nie jest typowa kura domowa. Sporo czasu zajelo mi rowniez dostosowanie sie do lekkiego podejscia do zycia tego narodu , niepunktualnosci, halasliwosci, braku organizacji i ciaglego plotkowania. Poczatki byly ciekawe, oj bardzo ciekawe, ale z pomoca meza, przyjaciolek i mojego samozaparcia "dostosowalam " sie i zyje szczesliwie choc dzis juz nie w Rzymie a na obrzezach w niewielkim domku na wsi z mezem, synem, psem, kotem i jednym baranem, ktorego nazwalismy Gilda.


A reszta powoli, powoli nastepnymi razy .....itd.itp.