czwartek, 28 kwietnia 2016

PIEKNY OBCAS ITALII - PUGLIA

Wlochy sa piekne i co do tego chyba nikt nie ma watpliwosci. Dla wielu jest ogromnym marzeniem byc we Wloszech choc raz w zyciu. Jest nawet takie powiedzenie "Zobaczyc Rzym i umrzec". Ja Rzym odwiedzam dosc czesto, znam go juz dosc dobrze, ale za kazdym razem chetnie odkrywam jakis nieznany zakatek. Tak tez robimy rodzinnie wykorzystujac wakacje. Chce poznac kraj, w ktorym mieszkam jak najlepiej, bo naprawde warto.

Pierwsze wakacje spedzilismy na Kalabrii w czesci, ktora sie nazywa Costa Sibarita i niestety mimo, ze wakacje byly udane tamta czesc Kalabrii nie zachwycila mnie bardzo.

Zakochalam sie do szalenstwa natomiast w innej poludniowej czesci Wloch. Mam na mysli oczywiscie Puglie zwana po polsku Apulia. Kazdy zakatek tego regionu jest piekny, bogaty w cudowne miejsca a morze zachwycilo nawet mnie mimo, ze nie jestem ekspertem plywania i milosnikiem wody.
Pierwszy nasz pobyt zaplanowalismy az na samym koncu obcasa w czesci, ktora sie nazywa Salento. Mieszkalismy w wynajetym mieszkaniu niedaleko miejscowosci Santa Maria di Leuca skad podczas pieknej pogody z nieskazitelnym niebem widac Afryke. Salento to mieszanka niesamowitych smakow i kolorow poczynajac od ciemnoczerwonej ziemi. Tak! Tam ziemia nie jest brazowa a czerwona, goraca jak krew tych, ktorzy tam mieszkaja. Czerwona jak dojrzale, cudowne pomidory slodkie jak cukierki. Czerwona jak peperoncino, ktore tutaj uzywa sie do wszystkiego, nawet do slodyczy. Czekolada o smaku peproncino to niesamowity afrodyzjak.

Salento to ziemia starych kilkusetletnich gai oliwnych z drzewami o najdziwniejszych formach i majestycznych koronach. To jednoczesnie ziemia suszonych pomidorow, mozna je zobaczyc rozlozone na stolach przed domami lub powieszone jak korale i suszace sie na sloncu. Potem takie wysuszone pomidory wklada sie do sloikow z olejem z oliwy oczywiscie wytloczonego z oliwek zebranych z tych starych drzew. Salento to takze ziemia starej architektury wymyslonej specjalnie z mysla o goracym klimacie tego regionu, czesto klimatu bardzo podobnego do afrykanskiego. Kiedy wieje wiatr scirocco wlasnie z Afryki, jest bardzo, ale to bardzo goraco, wrecz parno nawet w nocy, wilgotno tak, ze nawet bez ruszania czlowiek sie poci i jedynym rozwiazaniem jest kapiel  w morzu od rana do wieczora.


Salento to takze ta czesc Wloch, gdzie morze jest tak nieskazitelnie czyste, az przezroczyste i blyszczace sie odbijajac promienie sloneczne. 



Ze wzgledu na specyficzny klimat czyli dlugie i gorace lato, wysokie temperatury,mieszkancy, ci sprzed wielu lat dostosowali swoje domy tak, aby byly chlodne i przyjemne. Stad znane sa domy zwane trulli lub pagliara. Pagliara byla uzywana w najnizszej czesc Salento, czyli wlasnie tam, gdzie konczy sie kraj. Natomiast trulli mozna zobaczyc w wyzszej czesci Salento. Najbardziej znane miasteczko z trulli to Alberobello ( piekne drzewo). 



To jest pagliara. 


To Alberobello, jedna czesc miasteczka to tylko i wylacznie trulli do tej pory zamieszkale. W dzien mieszkancy bardzo chetnie pokazuja wnetrza, oczywiscie za mala oplata. Nie musze dodawac, ze pelno tu sklepikow z upominkami zwiazanymi wlasnie z tymi dziwnymi domkami. W najwyzszej czesci miasteczka znajduje sie kosciol oczywiscie o tej samej formie. 


Puglia jak zreszta cale Wlochy to ziemia o bardzo bogatej kuchni. Wspomniane juz suche pomidory w oleju to burza smaku dodawanego do wielu potraw zwlaszcza do makaronu a przede wszystkim do bardzo popularnej tu formy  zwanej orecchiette ( uszka), ktore nie maja nic wspolnego z polskimi uszkami. Ich nazwa wywodzi sie oczywiscie z formy podobnej do malego uszka. Najbardziej znane danie z orecchiette to te z liscmi buraka ( cime di rapa) przerobione w sos . Naprawde bardzo dobre. 
Puglia slynie tez precelkow slonych i slodkich ( te slodkie sprobowalam w innej czesci Puglii- Gargano) , ktore sie nazywaja taralli. Niesamowicie dobre i niesamowicie kaloryczne, ale nie da sie poznawac nowych miejsc bez poznawania kuchni. 

W Salento spedzilismy cudowne dwa tygodnie. Po powrocie postanowilismy, ze na pewno wrocimy, ale jak na razie nie udalo sie. 
Wrocilismy jednak do Puglii.  Tym razem troche wyzej, czyli blizej nas. Podroz skrocilismy o prawie polowe, ale i podczas tych wakacji odkrylismy kolejne piekne miejsca. Gargano - polnocna czesc Puglii.


Mieszkalismy w nadmorskiej miejscowosci Peschici nad Adriatykiem, niedaleko innego cudownego wiekszego miasta Vieste ( na zdjeciu). Ta czesc Wloch podlega pod Park Narodowy Gargano. Z jednej strony jest morze z drugiej gory. I tutaj morze jest piekne i czyste. Odkrylam, ze ta prowincja podoba sie bardzo Niemcom i Holendrom. Na plazy rzadko slyszalam wloski jezyk, jedynie chyba ratownika. Gargano nie jest tak gorace jak Salento, no coz nie jest juz tak blisko Afryki, ale na szczescie mimo, ze urlop zorganizowalismy we wrzesniu ( wycienczeni po remoncie) pogoda dopisala .
Peschici to malenkie miasteczko rybackie  pelne waskich i starych uliczek. Domy pomalowane na bialo, zeby bylo je dobrze widac z morza i, zeby slonce nie ogrzewalo za bardzo starych murow. 



Tutaj stary zamek z wieza dzis przerobiony na hotel i restauracje. 



W okolicy sa nadmorkskie jaskinie wyrzezbione przez wode i czas. 


Poswiecilismy jeden poranek i wybralismy na organizowana wycieczke, zeby obejrzec te cuda natury. Ja bardzo boje sie wody, ale jeszcze bardziej lubie poznawac nowe miejsca. Wygrala moja ciekawosc a przegrala koszulka meza. Ze strachu, ze wpadne do morza, zrobilam mu dziure w koszulce, tak bardzo sie jej trzymalam, ale nie wybaczylabym sobie nigdy, gdybym nie wybrala sie zobaczyc tego spektaklu. 
Potem kupilam mu nowa koszulke.  ;-)

Bedac w Gargano nie moglam nie pojechac do San Giovanni Rotondo, ktore znajduje sie 65 kilometrow od Peschici. San Giovanni Rotondo to miasto, ktore znane jest miedzy innymi z Sanktuarium, w ktorym zyl i pracowal Swiety Ojciec Pio. 


Tak naprawde to troche bylismy zmuszeni pojechac do duzego miasta. Nie spodziewalismy sie, ze zostaniemy bez pieniedzy, a dokladnie, ze w dwoch supermerkatach w nadmorskim miasteczku nie beda dzialaly bankomaty. Podjechalismy do pobliskiego Vieste, troche wiekszego od Peschici, ale i tam okazalo sie, ze bankomat naszego banku, skonczyl swoja rezerwe. Nie moglismy skorzystac z innego bankomatu, poniewaz pani z banku, gdzie mamy konto cos pokombinowala z kartami bankomatu i nie moglismy przelac gotowki w bankomatach innych bankow. Przygoda jak z filmu. Zostalismy bez pieniedzy i bez jedzenia. Na drugi dzien musielismy jechac do najblizszego miasta, gdzie znajdowal sie "nasz" bank, czyli wlasnie do San Giovanni Rotondo odleglego o 65 ilometorw. 
Przy okazji zwiedzilismy Sanktuarium...bo maz zakomunikowal, ze drugi raz tej samej drogi nie wykona. Zaznaczam, ze Gargano jest przepiekne, ale pelne drog jak serpentyna. Nasza podroz z Peschici do Sanktuarium trwala prawie trzy godziny...rekord , spowodowany tez kilkoma przystankami, bo zakrety zakrecily nam w glowie i co jakis czas jeden z trzech musial pooddychac gleboko i zatrzymac sie chocby na chwile. 


Kiedy juz dojechalismy, kiedy znalezlismy  bank z dzialajacym bankomatem, udalismy sie do Sanktuarium i do znajdujacego sie dzisiaj tuz obok muzeum poswieconego zyciu i dzialalnosci Ojca Pio. Muzeum oczywiscie jest pelne pamiatek i rzeczy osobistych nalezacych do Swietego. Mozna posluchac nagran z kazaniami Ojca Pio. Nie udalo nam sie zobaczyc zbalsamowanego ciala, ktore w pewnych okazjach jest eksponowane, ale moze to i lepiej, bo jestem raczej przeciwna komercjalizacji spirytualnych miejsc i przyciagania turystow za wszelka cene. 
Wlasnie na koniec perkursu muzealnego , przed samym wyjsciem jest sklepik z pamiatkami. Mozna tam kupic co tylko sie zapragnie, od obrazkow z Ojcem Pio i modlitwami, poprzez rozance i figurki. Mozna bylo tez kupic monety w wygrawerowanym portretem Swietego w ofercie. Jedna moneta kosztowala 3 euro, ale jesli kupowalo sie dwie monety placilo sie 5 euro. Szczerze przyznam, ze bylam lekko zdegustowana, ale wiedzac, ze czlonkowie rodziny byli swiadomi, gdzie bylismy na wakacjach, oczekiwali jakichs pamiatek i kupilismy kilka rozancow i obrazkow. Z nadzieja, ze troche sie co niektorzy nawiedza :-)

Tuz obok Sanktuarium jest  Droga Krzyzowa. Mozna ja wykonac stacja po stacji jak serpentyna lub wchodzac schodami i dochodzac do ogromnego oltarza.



Po wycieczkowym dniu cieszylismy sie z wakacji relaksujac sie nad morzem od rana do poznego popoludnia. Wieczorami wybieralismy na spacery do Peschici albo Vieste.




Teraz czas na inne czesci Wloch. W tym roku zorganizowalismy wakacje na Sycylii, juz nie mozemy sie doczekac.

wtorek, 26 kwietnia 2016

NARESZCIE ....

Powracam....nie zza zaswiatow, ale cos tak jakby. To wszystko raczej przez niepokornosc rzeczy martwych, a prosciej komputer moj ukochany postanowil sie obrazic i popsul sie tak doslownie. Staralam sie go przywrocic do zycia najpierw wlasnymi silami, potem poprzez rozne znajomosci mniej lub bardziej zdolnych komputerowcow, az w koncu poddalam sie. A tak bylam do niego przywiazana. Malutki i zgrabniutki byl. No coz...trzeba bylo sie rozstac i pomyslec o nowym zakupie.
Nowy komputer nie przypadl mi jednak do gustu i szybko go odsprzedalam.
Przez jakis czas zadowalalam sie telefonem komorkowym, w koncu na tyle ile ja korzystam z internetu wystarczalo. Pozerkalam co tam na facebooku, pomarzylam na Pinterest lub instagram i jakos to szlo.
Ale kiedy przyszlo do drukowania dokumentow, skanowania lub co najwazniejsze drukowania zdjec postanowilam rozejrzec sie za jakims komputerem. Mnie wiele do szczescia nie trzeba. Nie jestem ekspertem i nie kombinuje nie wiadomo co ... mnie wystarczy cos tam popisac, pogrzebac przy zdjeciach, zeskanowac i juz. I znalazlam...komputer w rodzinie...dostal moj syn od babci kiedys tam i nie korzystal...
Wlaczylam i posprawdzalam i polubilismy sie...i tak oto moj ci on. Syn pozwolil, on jest na etapie Ipad-a wiec co mu tam po starym (ale jak super dzialalajacym) komputerze.

A w miedzyczasie minal ponad rok od ostatniego wpisu. Trzeba zrobic przeglad w pamieci i kalendarzu. Przebiegam ostatni rok przed straszna tak dla kobiet czterdziestka...i jakos tak nie jest straszno...fakt to nie osiemnastka, ale tez przyjemny wiek, wszystko da sie polubic, jesli tylko troszke sie postaramy.
W tym roku minelo dokladnie pietnascie lat mojego zycia na emigracji. Bilans ogolnie bardzo pozytywny. Oczywiscie widziec Wlochy jako turysta to zupelnie inna rzeczywistosc niz kiedy sie tutaj zyje. Kto tu zyje doskonale wie, ze jest ogromna roznica miedzy poludniem i polnoca, wloska mentalnosc ma niewiele wspolnego z polska i jesli udalo sie emigrantowi zaaklimatyzowac i dostosowac do tutejszych obrzadkow, zycie we Wloszech jest przyjemne i bardzo kolorowe.
Przekonalam sie o tym doskonale miedzy innymi w zeszlym roku kiedy to zdecydowalismy sie z mezem robic dosc duzy remont w jednej czesci domu. Konkretnie musielismy przerobic pokoj Emanuela i duza lazienke. Pierwsza zmiana w programie bylo zakonczenie remontu. Poczatkowo wszystko mialo byc zrobione w niecaly miesiac. W efekcie trwalo ponad dwa miesiace. Nie wiem, jak to przezylismy, ale byla to z pewnoscia niezla proba malzenska...i ogromny egzamin mojej cierpliwosci i trzymania na wodzy nerwow i checi zrobienia krzywdy robotnikom.




Jakby tego bylo malo mieszkalismy w miedzyczasie w pozostalej czesci domu oddychajac codziennie ogromne ilosci kurzu, ktory przedostawal sie wszedzie i nie pomagaly zadne kotary i zaslony. Dodatkowo 2015 byl we Wloszech i chyba nie tylko ,jednym z najgoretszych lat w stuleciu. Dochodzilo do temperatur ponad srednia przez ponad dwa miesiace i oczywiscie nie padalo. Nie pomagalo to w codziennych zmaganiach z robotnikami. Jeden z nich, ten od wiekszych robot, to Polak, ale mieszkajacy tu od lat ,wiec dostosowal sie do panujacych regul doskonale. Dobrze, ze moglam chociaz poklocic sie po polsku i poklnac jak szewc. Nie pamietam ile razy go zwalnialam, a on i tak nic sobie z tego nie robil. Na drugi dzien przychodzil do pracy jak gdyby nigdy nic. Fakt, dokladny byl i przykladal sie jak sie nalezy ( w koncu Polak), ale codziennie cos zmienial, codziennie czegos brakowalo, a kiedy ja pytalam czy czegos potrzeba i czy material jest jak sie nalezy i co najwazniejsze, ile pieniedzy mnie to bedzie kosztowalo , zawsze odpowiadal : Nie martw sie, wszystko da sie zrobic. W najgorszym przypadku jeszcze kilkaset euro...
I te euro tak sobie znikalo z konta w banku, mojemu mezowi przybywalo siwych wlosow a ja krzyczalam w nieboglosy. Dobrze, ze mieszkamy odizolowani i sasiedzi nie slyszeli.
Dalismy jednak rade. Przezylismy i przezyli robotnicy. Najwazniejsze, ze jestem zadowolona z efektu koncowego. To cos tak, jak porod. Kiedy trzymasz w ramionach upragnione dziecko, zapominasz o calym bolu. I ja, kiedy patrze na wychuchany i wydmuchany kazdy detal mojego projektu, usmiecham sie od ucha do ucha i zapominam o calym stresie remontu. 
Kolejny remont mam nadzieje, za kilkadziesiat lat, ale mnie juz chyba wtedy nie bedzie. ;-)



To byl jeden z wazniejszych momentow ubieglego roku, choc moment ten trwal dlugo. Najwazniejszy dzien jednak byl dniem Emanuela. Nareszcie po trzech latach niekonczacego sie przygotowania dzieciaki z czwartych klas mialy swoja Pierwsza Komunie. 
Zanim weszlam w faze remontu trzeba bylo przygotowac ten wazny dla mojego dziecka i dla nas rodzicow dzien. Na szczescie Emanuele nie ma wielkich wymagan i zadowolil sie prostym przyjeciem w tak modnych ( i dobrze) teraz restauaracjach -agriturismo. Wazne bylo, zeby przy lokalu byl jakis plac, gdzie Manu moglby pobawic sie z innymi dziecmi. Natomiast moim zadaniem bylo przygotowanie zaproszen, confetti z niespodzianka dla gosci ( uzywa sie przy waznych uroczystosciach typu chrzciny, komunia czy slub) oraz bilecikow wskazujacych, gdzie kto siedzi. I tu mialam pole do popisu zwlaszcza, ze odkrylam jak bardzo lubie takie robotki i ,ze calkiem niezle sobie radze. Dzisiaj nawet udaje mi sie sprzedawac to, co wychodzi spod moich rak. Oczywiscie musialam dostosowac sie do tradycji i kolorow odpowiednich do uroczystosci. Jesli zas chodzi o confetti, czyli migdaly oblane czekolada lub lukrem, w pudeleczku lub woreczku ma ich byc zawsze nieparzysta liczba dla dobrej wrozby. Zazwyczaj jest ich kilka bialych i jedno innego koloru. W naszym przypadku, byla to Komunia chlopca, czyli jeden niebieski. Bileciki zaznaczajace miejsce przy stole to byl raczej moj wymysl nie tylko dlatego, ze to elegancki sposob na usadowienie gosci, ale miedzy innymi dlatego, ze w rodzinie (chyba kazdej) sa jacys wujkowie lub ciocie, ktore sie nie lubia i nie chca siedziec obok siebie. Chcialam uniknac takich incydentow , co jak sie okazalo wieczor wczesniej wcale nie bylo takie latwe. Bo moj tesc nie lubi synowych, jego dama do towarzystwa nikomu sie nie podoba, a to jedna szwagierka nie rozmawia z druga i jedna kolezanka nie lubi meza tej drugiej....uffff.....I najfajniejsze z tego wszystkiego bylo to, ze w sumie bylo nas 30 osob. Wez tu usadz wszystkich tak,  zeby bylo dobrze. Nie dalam rady zadowolic wszystkich, ale przyjecie udalo sie wspaniale i na szczescie nikt sie z nikim nie poklocil jak to bywa we wloskich rodzinach ( i chyba nie tylko wloskich).





Przez ostatni rok wydarzylo sie naturalnie wiecej, ale te dwa punkty zdecydowanie byly najwazniejsze i najbardziej dla nas istotne. 
Byly jeszcze wakacje w zupelnie nieznanej dla mnie czesci Wloch, jest ostatni rok szkoly podstawowej i wybor gimnazjum, przygotowanie nowej podrozy...tym razem poznam cudowna Sycylie i bede musiala przemoc sie i podrozowac statkiem ( boje sie jak cholera)...ale to juz powoli sie zapisze....