wtorek, 23 grudnia 2014

SWIATECZNY POLSKO - WLOSKI MISZ MASZ


Kolejne swieta przed nami. Jestesmy gotowi cala rodzinka. Dzisiaj przezylam chaos ostatnich zakupow. Byla kolejka nawet po wozek . W sklepie oczywscie tlum, ale musialam odebrac zamowione cozze i vongole (malze duze i male), bo nie moze byc Wigilii bez tradycyjnego makaronu z owocami morza. Dokupilam tez torrone - prostokatna twarda czekolada z calymi orzechami, tym razem z gorzkiej czekolady. Trzeba uwazac na linie, hahaha. Do wozka trafilo tez kilka butelek czerwonego wina, ktore nie boje sie pic nawet do ryby. Wiem, ze do potraw rybnych powinno sie pic biale wino, ale po bialym winie czesto boli mnie glowa, a tego jakos nie chcialabym przezywac w swieta. 

Dom jest wystrojony juz od 8 grudnia. We Wloszech ubiera sie choinke i przygotowuje szopke wlasnie tego dnia. W swieto Nawiedzenia Najswietszej Marii Panny. Jest to wolny dzien od pracy, ktory wloskie rodziny spedzaja na przystrajaniu domow na swieta. Swiateczne ozdoby zdejmuje sie po 6 stycznia, po swiecie Trzech Kroli. Inaczej niz w Polsce, gdzie ubieralismy choinke 24 grudnia i rozbieralismy ja 2 lutego. 

Wlosi uwielbiaja swiatla. Wieszaja je gdzie popadnie. Moj maz tez je lubi. Pamietam pierwsze swieta razem. Kolorowe swiatelka byly porozwieszane w calym domu. Dla mnie to bylo troche przesadzone, bo pachnialo mi kiczem i brakiem gustu, ale nie chcialam psuc duzemu chlopcu zabawy i postanowilam, ze tamtym razem tak moglo byc. Poza tym byly to pierwsze swieta razem, oczekiwalismy dziecka, wiec bylo dobrze. W kolejne swieta wtracalam swoje trzy grosze i pokazalam, ze kocham ustawiac ozdoby i przystrajac dom, ale po swojemu. Maz odpuscil i dal mi wolna reke, ale byl zadowolony z efektu koncowego. Przekonal sie miedzy innymi, ze jednokolorowe swiatelka tworza rownie piekna atmosfere i nie daja wrazenia, ze dom jest jak juke - box.



Do jego zadan nalezy zamontowanie lancuchow choinkowych i swiatel. Ja jestem za malutka, zeby skakac pod sufit , dlatego wybralam sobie za meza wysokiego faceta, haha. No i najwazniejsza praca po ubraniu choinki. Gwiazda na czubku. To obowiazek i tradycja, ze glowa rodziny na sam koniec ubierania choinki wklada gwiazde lub szpic na czubek drzewka. U nas od kilku lat jest gwiazda. 




Ozdabiamy poza tym luk i kominek, 



Co prawda prezenty znajdujemy pod choinka, a nie w skarpecie, ale tradycyjnie juz wieszamy je przy kominku. Moze kiedys i w skarpecie znajdziemy jakies podarki. 

Ja dodatkowo bawie sie w ustawianie roznych ozdobek na stole i stoliczkach. Lubie  czuc magiczna atmosfere swiateczna. 



 I jeszcze stol. 



W tym roku odkurzylam stare pudlo z narzedziami do dekoracji i robotek recznych. To dzieki temu, ze odkrylam wspaniala strone internetowa pinterest.com, na ktorej widzialam mnostwo cudownych pomyslow do dekoracji domu. Wiele z prac zrobionych przez takie same milosniczki jak ja stylu shabby  okazaly sie latwe do zrealizowania. Odwazylam sie i ja, i stworzylam swiateczna korone na drzwi, z ktorej jestem szalenie dumna. 




Tak, tak to moje dzielo. Nie spodziewalam, sie, ze drzemie we mnie az tyle talentu. Okazuje sie, ze to prawda, ze czlowiek uczy sie i doskonali przez cale zycie. 

Moj dom mimo, ze wloski nie bylby moim domem, gdyby nie bylo w nim tez polskich akcentow. Obowiazkowo co roku na honorowym miejscu stawiam recznie malowana i zdobiona bombke, prezent z Polski. 



Przedstawia ona wspaniala polska biala zime, ktorej bardzo mi brak we Wloszech. W regionie, w ktorym mieszkam zima czesto pada, bo jest za cieplo na snieg. 

Kolejna czastka Polski w moim swiatecznym domu to Mikolaj. 



Zostal on przekazany kolejnemu pokoleniu, to jest mojemu synowi. Mikolaj ten zawital w rodzinie chyba 20 lat temu. Rodzice kupili go na bazarze od rosyjskich turystow, ktorzy przyjezdzali na handel do naszego miasta. Przez lata Mikolaj stal pod choinka w moim rodzinnym domu. Kiedy urodzil sie Emanuele , dostal go w prezencie na swoje pierwsze swieta Bozego Narodzenia. Jest to specjalny prezent. Nie tylko dlatego, ze to prezent od dziadka, ale tez dlatego, ze to Mikolaj wedrowca, tak, jak ten z basni. Syn bardzo o niego dba. Mam nadzieje, ze pozna nastepne pokolenia.  
We wloskim domu podczas swiat Bozego Narodzenia nie moze zabraknac szopki. Zwlaszcza na poludniu kraju. Bywa, ze szopka jest wazniejsza od choinki. Na calym swiecie slynne sa szopki z Neapolu. Tak, jak te polskie z Krakowa. W Neapolu robi sie bardzo duze szopki. Ustawia sie rozne krajobrazy i postaci , nie tylko Swieta Rodzine i pasterzy. Zazwyczja pojawiaja sie politycy lub osoby slawne. 
W naszym domu szopka jest nieduza. Nie mamy miejsca, zeby zrobic duza szopke, wiec zadowalamy sie jej mala wersja. 



Nie ma jeszcze Dzieciatka, bo ma sie dopiero urodzic. Zgodnie z tradycja figurke Jezusa stawia sie o polnocy z 24 na 25 grudnia. Stajenke natomast mamy z Polski. Zrobil ja przyjaciel mojego taty. Tak wiec i tutaj lacza sie oba kraje. 



A takie duze szopki mozna zobaczyc we wloskich domach. Tutaj u mojej przyjaciolki. Ze studzienki leciala woda, a u piekarza w piecu byl ogien. 

Jutro wieczorem podczas Wieczerzy polaczymy kolejny raz polskie tradycje z tymi wloskimi. Pomodlimy sie, podzielimy oplatkiem ( we Wloszech sie nie uzywa) i zasiadziemy do stolu . Zaczniemy od barszczu z uszkami, potem zurek z ziemniakami i suszonymi grzybami, spaghetti z malzami , smazony karp  i pieczone krewetki a na koniec pandoro i panettone, orzechy i owoce. No i na wielki final otworzymy prezenty, to tradycja miedzynarodowa, a o polnocy pojdziemy na Pasterke. 

Po raz kolejny przezyje wspaniale polsko-wloskie swieta . 




niedziela, 14 grudnia 2014

EMIGRACYJNA WIGILIA ...

   

Na emigracji staramy sie bardziej kultywowac nasze tradycje. Tesknota za Ojczyzna sprawia, ze przypominaja sie wszelkie obchody, swieta i kulturowe obrzadki. To samo, co w kraju czasami nas nudzi lub nawet denerwuje , poza jego granicami uwielbiamy. Takie to juz dziwne z nas stworzenie.
Ja osobiscie lubilam zawsze raczej wszystkie polskie tradycje, ale przyznaje, ze nie zawsze sie ich kurczowo trzymalam. Najczesciej oczywiscie z lenistwa.

Na obczyznie natomiast pielegnuje je szczegolnie, pokochalam je na nowo i gorliwie przekazuje kolejnemu pokoleniu. Dodatkowo szperam gdzie tylko sie da, zeby dowiedziec sie jak najwiecej i, zeby opowiedziec synowi skad i dlaczego tak jest.

Jednak najlepszym sposobem jest osobiste przezywanie i wprowadzanie bezposrednio takowych tradycji w zycie.
W naszym domu od poczatku mieszamy obie kultury podczas wszystkich swiat. Wychodzi z tego lekki misz masz ,ale jest to bardzo przyjemne.
Dlatego tez bardzo chcialam, zeby zorganizowac cos na Swieta Bozego Narodzenia z rodzicami ze szkoly polskiej, zeby pokazac nie tylko dzieciakom , ale miedzy innymi wloskim rodzicom typowe polskie swieta.

W koncu na calym swiecie krazy opinia, ze polskie Boze Narodzenie jest jednym z najpiekniejszych , a juz na pewno polska Wigilia.
Jako, ze pochodzimy z roznych stron Polski , kazdy pokazalby cos odpowiedniego ze swoich okolic.
I tak zorganizowalismy wspaniala polska Wigilie. Nieco wczesniej, bo niektorzy szczesciarze wybieraja sie do Polski na swieta, a bardzo chcielismy byc wszyscy w ten dzien



Oczywiscie wieczerze przygotowalismy w szkole, w ktorej odbywaja sie lekcje jezyka polskiego. Kazdy mial przygotowac jedna z potraw typowych wigilijnych w domu rodzinnym. 
U mnie od kiedy pamietam na stole krolowal miedzy innymi smazony karp. Bez karpia nie bylo Wigilii. Jeszcze dzis pamietam jak jako mala dziewczynka najpierw u babci w Osieku, a potem juz w domu rodzinnym, patrzylam na jeszcze zywe karpie, ktore plywaly w wannie. Dawalam im nawet imiona, choc wiedzialam, ze pozniej je zjem. Brzmi to drastycznie, ale w koncu to przeciez lancuch biologiczny. 
Pozniej wieczorem czulo sie w calym domu intensywny zapach smazonego karpia. Bylo to ostanie danie naszej Wigilii, to najbardziej wyczekiwane, przynajmniej przeze mnie. 
Na polskiej wigilii niestety nie bylo karpia, ale przygotowalismy z mezem rybe perska 
( pesce persico) w ten sam sposob i chyba odnieslismy sukces. W kazdym razie podczas smazenia czulam ten sam zapach, co podczas naszej tradycyjnej Wigilii. Moze to tez dlatego, ze wlaczylam sobie muzyke swiateczna, zaswiecone byly wszystkie swiatelka, choinka ( we Wloszech sie zdobi domy 8 grudnia) , wiec atmosfera byla, jak najbardziej swiateczna. Mysle jednak, ze to glownie dzieki sposobowi smazenia. Wigilijny karp ma byc smazony na masle, a przede wszystkim musi byc odpowiednio opanierowany. Tutaj oddalam paleczke malzonkowi, jest zdecydowanie lepszym kucharzem ode mnie. I musze przyznac, ze poszlo mu to doskonale. Wspaniale polaczenie - polski przepis przygotowany przez Wlocha- wyszlo bardzo smaczne, nie zostalo nic. 

Ale wracjac do grupowej Wigilii. Rozpoczelismy tradycyjnie oplatkiem.




Dla niektorych Wlochow byla to totalna nowosc, ale bardzo przyjemna.W koncu zawsze milo jest zyczyc sobie wszystkiego co najlepsze na nadchodzacy rok i nie tylko. Skladanie zyczen troche trwalo, bo grupa jest dosc liczna, no i w koncu zasiedlismy do stolu. 
Podano barszczyk ...wspanialy, odpowiednio kwasny, przygotowany ze swiezych buraczkow. A do tego placuszek z kapusta i grzybami. Jadlam go pierwszy raz w zyciu. U mnie w domu barszcz podaje sie z uszkami z grzybami. 




Potem jedlismy kapuste z grzybami z dodatkiem smietany. I tej potrawy nigdy nie jadlam podczas rodzinnej Wigilii. My Polki bylysmy bardzo ciekawe jak zareaguja na kwasna kapuche nasi wloscy malzonkowie. Zachowali sie jednak mesko i godnie sprobowali i nawet nie mruzyli bardzo oczu. 
Po kapuscie na stole pojawily sie krokiety z nadzieniem jajeczno-grzybnym. Kolejne nowe dla mnie danie. 
Jedlismy rowniez ryby w sosie pomidorowym, ryby w sosie chrzanowym i jeszcze jakims innym , tyle tego bylo. Nie zabraklo rowniez tradycyjnej salatki jarzynowej, ktora tutaj nie wiadomo czemu nazywa sie salata ruska (insalata russa). Oczywiscie obronilysmy poskie imie i wytlumaczylysmy, ze to polska salatka, bardzo slawna w polskich domach i grzechem jest nazywanie jej ruska. Ostania ze slonych potraw byla nasza ryba. 

Bylismy juz bardzo syci, a tu jeszcze czekaly na nas slodkosci i jedna z ciekawych krakowskich potraw. Makaron lazankowy z makiem, grzybami i rodzynkami. Poczatkowo mialam watpliwosci . Jakos dziwne mi sie wydawalo polaczenie makaronu z makiem, ale okazalo sie, ze mylilam sie. Danie smakowalo mi. 

Ze slodkosci byla rowniez wloska crostata , to tak na udobruchanie mezow, szarlotka i typowy polski sernik z rodzynkami. Co wazne sernik zrobiony byl z polskiego sera kupionego specjalnie na te okazje w polskim sklepie w Rzymie. Nie musze oczywiscie pisac, ze byl wysmienity, ale pisze to, bo naprawde byl przepyszny. 
W ogole wszystko bylo wpsaniale, a najbardziej atmosfera i towarzystwo. W Wigilie nie ma co myslec o dietach i uwazaniu na linie. Trzeba sprobowac wszystko, troszke, ale wszystko. Zwlaszcza, ze wszystko bylo dobre. 

Takie spotkania rodza wspomnienia, bardzo mile wspomnienia. Kazdy opowiadal jak to sie obchodzi swieta w ich domach, jakie sie je potrawy, w ktorym domu kladzie sie sianko pod obrus,a gdzie zostawia sie wolne miejsce dla nieznajomego przybysza. Najzabawniejsze zdecydowanie byly opowiesci o karpiach plywajacych w wannach. Dowiedzialam sie, ze nie tylko ja dawalam im imiona. Byl nawet jeden odwazny osobnik, ktory mial okazje wykapac sie karpiem, przez przypadek, ale jednak. Karp przeniesiony na czas kapieli do miski mial widocznie malo miejsca i przeskoczyl z miski do wanny. Pan domu szybko zakonczyl swoja kapiel, co zaloze sie bardzo ucieszylo karpia. 

Bardzo mily wieczor w doborowym towarzystwie. Po raz kolejny okazalo sie, ze Polska Wigilia jest najpiekniejsza na swiecie.
A teraz mamy kilka dni na przygotowanie sie do rzeczywistych swiat w rodzinnych domach. 

wtorek, 9 grudnia 2014

JASELKA, MIKOLAJ CZYLI SWIETA ZA PASEM


Dawno mnie tu nie bylo, ale od wrzesnia, czyli od rozpoczecia szkoly czas biegnie jak szalony.
W tym roku zajec mamy co nie miara. Poza szkola jest taekwondo, katecheza w sobotnie popoludnia i dodatkowo zajecia w szkole jezyka polskiego. Tak!!!

W miejscowosci niedaleko nas polski ksiadz udostepnil koscielne pomieszczenia dla Polakow i tak narodzilo sie przedszkole i kurs jezyka polskiego dla dzieci w wieku szkolnym. Oczywiscie podjelismy sie z Emanuelkiem tego wyzwania bez mrugniecia okiem, bo w koncu moj syn powinien znac jezyk ojczysty mamy.
Ze mna rozmawia po polsku malo, mama przeciez i tak rozumie. Kiedy namawiam, zeby sie bardziej staral , szybko znajduje wymowki. Nie zna polskich dzieci, wiec trudno mu znalezc kogos, poza mama, z kim moglby rozmawiac w tym jezyku. A tu latka leca i problem sie powieksza. Szybko sie zapomina, jesli nie praktykuje sie.
W polskiej szkole nie tylko przebywa wsrod polskich dzieciakow, ale i uzywa polskiego podrecznika i uczony jest przez nauczycielke z Polskiej Szkoly przy Ambasadzie. Musi odrabiac zadania, uczyc sie na pamiec, ale robi to bardzo chetnie i co poniedzialek jest przygotowany na kolejne lamanie jezyka. Bo tak to wlasnie wyglada, jak ciezka gimnastyka szczeki.
W jezyku polskim jest sporo liter, ktore sa tylko w naszym jezyku, mnostwo podwojnych spolglosek i trudna wymowa. Alfabet wloski ma tylko dwadziescia jeden liter a wymowa jest bardzo melodyjna i latwa.
Widze jednak, ze syn lubi te lekcje, jest bardzo dumny, kiedy dobrze wymawia trudne wyrazy ,a jeszcze bardziej dumny, kiedy dobrze napisze cale zdanie.
A do nauki poza ksiazka ze szkoly uzywa rowniez stara metode znana niejednemu Polakowi.





Mimo, ze od pierwszej lekcji minely tylko dwa miesiace, panie nauczycielkie podjely sie odwaznego zadania. Jaselka. I to Jaselko wylacznie po polsku z polskimi koledami, bo w koncu najpiekniejsze na swiecie. 
Poczatkowo bylam nieco przerazona. Emanuele mowi niewyraznie i nie rozumie wszystkiego, ale spodobal sie mu pomysl zwlaszcza, ze mial byc Jozefem. Dobra, mowie, robimy to ,ale tak na maksa, zeby bylo super i, zebysmy sie nie powstydzili przed widownia. Przygotowania na hura, bo czasu malo i ilez mozna zrobic w trzy godziny tygodniowo, ale dalismy rade. W domu codziennie Manu czytal koledy . Dzieciaki i rodzice spiewali Lulajze Jezuniu, Przybiezeli do Betlejem i W zlobie lezy. Dwie ostatnie trudne jezykowo i to bardzo. Manu czytal i czytal i lamal biedaczek jezyk, ale uparl sie, ze da rade, wiec ja mu nie przeszkadzalam. Dzis cale popludnie spiewal pod nosem Przybiezeli do Betlejem Pasterze , a mamie bylo tak fajnie cieplo na serduchu....

W niedziele siodmego grudnia odbyly sie Polskie Jaselka we wloskim kosciele. Przybyli zaproszeni goscie, rodzice no i oczywiscie mali aktorzy. 



Byla Maryja z Jozefem i dzieciatkiem, byli aniolowie i pasterze, byla gwiazda polarna i Krakowianka, ktora o wszystkim glosila. Dzieciaki spisaly sie na medal, swietnie recytowaly po polsku i cudownie spiewaly, z niewielka pomoca rodzicow. Bo z polskimi koledami to jest tak, ze jak je slyszysz, to trudno stac cicho i nie spiewac, serce samo rwie sie do koledowania. 




A po przedstawieniu na dzieciaki czekala wspaniala niespodzianka. Dzien wczesniej przeciez polskie dzieci odwiedzil Swiety Mikolaj. Nie moglo Go zabraknac rowniez u naszych malych Polakow.Co prawda we Wloszech do dzieci przybywa Stara Czarownica  6 stycznia, ale te dzieci sa szczesciarzami. Swietuja podwojne swieta i otrzymuja podwojne prezenty. 



Oczywiscie najpierw Mikolaj pytal czy maluchy byly grzeczne. Jakos nikt nie wrocil do domu z rozga....za to z polskimi slodkosciami. 

Zeby odpowiednio zamknac ten wspanialy dzien wszyscy podzielili sie oplatkiem i udali sie na poczestunek, gdzie glowna atrakcja byla szopka zrobiona w tradycyjnej wloskiej babce  drozdzowej Panettone. 



Panettone to tradycyjna babka drozdzowa obowiazkowa na kazdym stole w Boze Narodzenie razem z Pandoro, babka biszkoptowa. Ja zdecydowanie wole Pandoro, bo jest delikatniejsze. Najlepsze jest posypane cukrem pudrem i troszke podgrzanym w piecu.....rozpuszcza sie w ustach. Moje chlopaki zas bija sie o Panettone, zwlaszcza, jesli ma sporo rodzynek i migdalow. I tak u mnie na swieta od kiedy mieszkam we Wloszech musi byc sernik wlasnej roboty oczywiscie i pandoro z panettone. No i karp. I swieta wtedy zawsze sa udane. !

wtorek, 22 lipca 2014

TIVOLI MOJ DRUGI DOM

 Gdyby ktos mi powiedzial 20 lat temu, ze jedno z moich marzen spelni sie rzeczywiscie chyba bym mu sie zasmiala w twarz. Bedac nastolatka marzen mialam co niemiara. Jak kazdy nastolatek. Glowa wiecznie w chmurach marzac na jawie.

Jak sie jednak okazalo juz po kilku latach, jesli wierzysz naprawde i bardzo czegos chcesz, ciezko na to pracujac mozna dojsc do celu. Grzebien, do ktorego mowilam siedzac przy biurku, udajac, ze jestem dziennikarka radiowa, zmienil sie w prawdziwy mikrofon. Walkman stal sie dyktafonem cyfrowym, a ja zamienilam sie w szalona reporterke.
Zapomnialam w miedzyczasie, ze chcialam zamieszkac we Wloszech, a przygoda ta czekala na mnie tuz za drzwiami.

Od 2001 do 2004 mieszkalam w Rzymie. A od lipca  2004 mieszkam w Tivoli. Oddalilam sie od Rzymu o 30 kilometrow.

Nadal kocham moje rodzinne miasto Oswiecim i nic nigdy tego nie zmieni, ale Tivoli tez jest pieknym miastem, ktore troszke dzisiaj przedstawie.

W rzeczywistosci nasz dom znajduje sie na peryferiach miasta, w czesci wiejskiej, jak ja to nazywam. Wokol domu jest mnostwo zieleni, lasy, gaje oliwne i malo domow. Miejsce bardzo spokojne. Po troche wrzasku trzeba podjechac w gore kilka kilometrow do centrum miasta, usytuowanego jak wiekszosc miasteczek we Wloszech na wzgorzu.

Tivoli znajduje sie w centralnych Wloszech w wojewodztwie Lazio, podnalezy pod Rzym. Miasto jest mniej wiecej tak samo duze jak Oswiecim , mieszka tu 52 tysiecy osob.

W starozytnosci nosilo nazwe Tibur i mowi sie, ze jest starsze od Rzymu. Przez miasto od lewej strony plynie rzeka Aniene. Od poznych lat republikanskich w Tivoli budowano wiele willi rzymskich bogaczy, ktorych resztki dzisiaj mozna zwiedzac, jak np. Villa Gregoriana.



Atrakcji tutaj nie brakuje, jak zreszta w calych Wloszech. Pamietam pierwszy raz kiedy poszlam zwiedzac Villa d'Este. Miejsce przepiekne. Byla to siedziba kardynala Ippolito II d'Este, ktory zostal nominowany gubernatorem Tivoli w 1550 roku. Postanowil on zrealizowac te piekna wille, nazwijmy ja tak, ktorej nadal imie swojej rodziny - Villa d'Este. Jest ona slynna nie tylko z cudownych freskow wewnatrz palacu, ale miedzy innymi z ogromnego ogrodu pelnego ornamentalnych fontann. 



Co roku latem od poczatku lipca do wrzesnia w weekendy mozna zwiedzac Villa d'Este poznym wieczorem. Ponadto czesto organizowane sa koncerty muzyki powaznej . W takiej kompozycji to niesamowite zdarzenie i przezycie. 

W samym centrum miasta znajduje sie budowla troche mlodsza od starozytnych ruin. To barbakan z XV wieku Rocca Pia. 



Sluzyl on do obrony miasta oczywiscie. W osiemnastym wieku zostal on zajety przez wojska francuskie, ktore uzywaly go jako noclegownia, a pozniej jako wiezienie. 
Dzisiaj u podnozy odkryto ruiny starozytnego amfiteatru, a sam barbakan mozna zwiedzac tylko w malej czesci. Niestety nie zostal odrestaurowany i nie nadaje sie do pokazania w calej okazalosci. 

U podnozy miasta  znajduje sie letnia rezydencja imperatora Adriana, zwana Villa Adriana. 



Wybudowana w II  wieku przed narodzeniem Chrystusa ta ogromna rezydencja byla pelna wspanialych basenow, lazni i rzezb. Dzis oczywiscie pozstaly raczej ruiny, ale zachowal sie dostojnie wielki basen  oraz mnostwo rzezb.



Dla chcacych zwiedzic to miejsce radze zalozyc pare bardzo wygodnych butow, bo Villa Adriana jest ogromna. Nam zwiedzenie jej zajelo kilka godzin, ale naprwde warto, bo to piekne miejsce.

Tivoli to niewielkie miasto z przepieknym centrum historycznym. Latem czesto chodzimy na lody i wieczorne spacery po zaulkach kryjacych wiele ciekawostek. 



Tu podczas ostatniego spaceru Starym mostem w poszukiwaniu wody. Takie kraniki na szczescie we Wloszech sa wszedzie obecne. Mimo, ze lato tego roku nas nie rozpieszcza i bardzo czesto pada, ale kiedy jest sloneczny dzien, wtedy jest upal, ze hej i te kraniki z zimna woda gasza pragnienie w mig.



Lubie to moje nowe miasto, chaotyczne jak cale Wlochy, ale ma swoj czar i urok. Jedyne, czego nie lubie to to, ze bedac usytuowane na wzgorzu droga prowadzaca do Tivoli jest pelna zakretow i chociaz jestem dobrym kierowca takie zakrecone drogi nie naleza do moich ulubionych. To taka mala dywersja.

Goraco zapraszam do Tivoli , a jak ktos lubi zwierzeta to chetnie przedstawie moich sasiadow. 








niedziela, 20 lipca 2014

FAIRYLANDS FESTIWAL CELTYCKI W CIEPLY LIPCOWY WIECZOR

  Oj zaniedbalam Semottolandie i to bardzo. Nieladnie. Poprawie sie szybko, bardzo szybko. Zwlaszcza, ze nazbieralo mi sie sporo do pisania. Uwielbiam dzielic sie moimi historiami. Nie wazne jest dla mnie czy to historia bardzo ekscytujaca czy jakas ciekawostka. Milo mi sie z kims podzielic. To tak, jakbym pisala otwarty pamietnik.

Ostatnio malo pisalam, bo zajec mialam mnostwo. Ten rok szkolny dal sie we znaki. Czasami mialam wrazenie, jakby Emanuele chodzil do szkoly szesc a nie piec dni w tygodniu. W sobote czesto bylismy pol dnia poza domem, bo najpierw mial zajecia z taekwondo ( do opisania) i katechizm. Wracalismy w porze kolacji. Fakt, ze szkola skonczyla sie szostego czerwca, ale mimo, to bylismy bardzo zajeci. Manu 21 czerwca mial pierwszy egzamin z taekwondo, wiec chcial sie dobrze przygotowac. Zdal go spiewajaco czyniac mnie najdumniejsza mama na swiecie.

Po egzaminie przygotowalismy wyjazd na wczasy ( tez cos naskrobie) i tak w rzeczywistosci dopiero od kilku dni mam troche luzu.

W ramach tegoz luzu jak co roku wybralismy sie rodzinnie na festiwal celtycki. Juz od dziesieciu lat organizowany jest on w pobliskim miasteczku Guidonia.



Ja nie jestem ekspertem tej kultury, ale bardzo podoba mi sie muzyka celtycka i irlandzkie tance. No i za nic w swiecie nie moge przepuscic okazji, kiedy w jeden wieczor widze mnostwo facetow ubranych w spodnice - kilt. Zawsze myslalam, ze maja oni wystepowac , a w tym roku odwazylam sie zapytac. Czasami odzywa sie drzemiaca dziennikarka i zaczepiam kogo popadnie, zeby dowiedziec sie jak najwiecej. Okazalo sie, ze panowie w spodnicach to tylko obsluga festiwalu. Nic to, napatrzylam sie na chlopakow tanczacych w rajtuzach :-))))

Poza ciekawskimi z miasta i okolic bylo rowniez sporo uczestnikow festiwalu ubranych w celtyckie odzienia starannie oddajace atmosfere epoki. 




Nie moglo zabraknac oczywiscie typowych dla takich okazji kioskow z robotkami recznymi oraz przedmiotami dotyczacymi kultury celtyckiej . 




W tym roku po raz pierwszy zorganizowano rowniez park tylko dla dzieci. Mogly one postrzelac z luku, powalczyc na szpady i tarcze, zalozyc kilt - chlopcy a dziewczynki dostawaly typowie wianki. 




Jesli festiwal celtycki to nie moglo zabraknac piwa. Guinnes lal sie litrami, ja sprobowalam tylko kilka lykow od malzonka, bo mimo, ze pochodze z kraju, gdzie produkuje sie swietne piwo i wypilam kilka kufli w mlodosci, to ciemne piwo nie nalezy do moich ulubionych. Zdecydowanie wole piwo marki Zywiec. 
 Z alkoholi degustowano rowniez sidromiele zrobione z fermentowanych jablek i miodu. Dziwne, ale calkiem niezle. W smaku troche cierpkie z nutka slodyczy, bo miodu to raczej bylo niewiele, ale skoro jest festiwal, to trzeba zapoznac  sie ze smakami typowymi dla tej kultury. 




Jakos to dziwne, ze we Wloszech organziowany jest festiwal celtycki, ale poszperalam w internecie i okazalo, sie, ze  to kultura bardzo popularna tutaj nie tylko ze wzgledu na cudowna muzyke, ale miedzy innymi Wlochom podoba sie sposob myslenia, kulturia bogow, magia, totemy czy bozki pomagajace w szczesciu. Na straganach bylo tego co niemiara, do wyboru do koloru. Ja kupilam sobie malutkiego grzybeczka. Tak naprawde jak to powiedziala pani sprzedajaca te cudenka, grzybeczek sam mnie wybral
:-) 
Powinien przyniesc mi sporo szczescia, bo to oczywiscie zaczarowany grzybeczek, wystarczy tylko, ze sie nim odpowiednio zaopiekuje. Raz w roku powinnam zaniesc grzybeczka do lasu, zostawic pod drzewem przez piec minut i w ten sposob naladuje sie nowa energia na nastepny rok. Z zaniesieniem do lasu nie bedzie zadnego problemu , bo przeciez mieszkam obok lasu :-)
Poza tym obowiazkowo na takim festiwalu trzeba kupic magiczna wrozke ( fata incantata) , ktora zadba o dom, rodzine i ogolne nasze powodzenie. Natomiast panie, ktore staraja sie o potomstwo powinny nabyc dzwoneczki wzywajace aniolow dobrej nadziei. One pomoga w staraniu sie o dziecko. 

Wszystkie te legendarne tlumaczenia maja wiele z poganskiego zycia, ale jesli cos pomaga wierzyc, ze zycie moze byc piekniejsze, to ja nie widze w tym nic zlego. 

A na koniec super atrakcja byl taniec z ogniem. 



Taniec mimo, ze piekny nie mail jednak nic wspolnego z celtycka kultura, no chyba, ze tancerki moznaby wziac za czarownice, bo oczarowaly one publicznosc do tego stopnia, ze bisowaly po wystepie tanczas na srodku glownej ulicy. 



Tak oto przepieknym tancem brzucha, a raczej ogladaniem tanca, zamknelismy wspanialy wieczor bogaty w wiele atrakcji. Festiwal trwal cztery dni, nie ominelam zadnego. Do zobaczenia tradycyjnie za rok. :-) 


środa, 4 czerwca 2014

STARUSZKA PIZZA

    Wlochy to piekny kraj. Kraj slonca, trzech morz, kilku pasm gorskich, bogatej historii i kultury. To rowniez kraj jednej z najzdrowszych na swiecie kuchni. Bardzo prostej , kolorowej i smacznej. Kto nie slyszal o makaronie- pasta, lasagne, wloskich lodach zrobionych z naturalnych skladnikow no i oczywiscie pizzy ?

Tak sie akurat sklada, ze ta ostatnia w tym roku obchodzi 125 urodziny, a dokladniej ta najslynniejsza - MARGHERITA. Jej imie pochodzi od imienia Krolowej Malgorzaty di Savoia. W 1889 roku Krolowa wezwala na dwor w Neapolu, gdzie byla letnia rezydencja krolewska ( zimowa znajdowala sie w Turynie), kucharza Raffaele Esposito, proszac go o przygotowanie jego specjalnosci. Postanowil on zaskoczyc Krolowa nowym daniem, ktore byloby jednoczesnie przekaska, pierwszym i drugim. Ponadto wymyslil, ze danie to bedzie symbolem Italli i jego skladniki przedstawia jednoczesnie kolory flagi narodowej. I tak oto przygotowal najprostsze ciasto jakie tylko mozna przygotowac : maka, woda i drozdze. Na okragly placek nalozyl czerwony sos pomidorowy, biala mozzarelle i zielona bazylie. Dokladnie te kolory, ktore widnieja na wloskiej fladze , czerwony, bialy i zielony. Esposito pizze nazwal Margherita na czesc Krolowej. Dzis jest to najslynniejsza i najczesciej zamawiana w pizzeriach pizza.




W Polsce zdarzylo mi sie jesc pizze, niektore byly nawet dobre. Pamietam zwlaszcza, ze najbardziej smakowala mi ta z restauracji Rapsodia, moze dlatego, ze kucharz, ktory ja robil pracowal we Wloszech. Dzis jednak wiem, ze nie byly one az tak smaczne, jak te prawdziwe wloskie. Zauwazam roznice w smaku. To chyba zalezy od klimatu, bo pomimo tylu lat tutaj nadal szukam ziemniaka tak smacznego, jak w Polsce. Wracajac jednak do pizzy, ciasto, ktore wydaje sie tak latwe do zrobienia wcale nie jest proste. Musi byc dobrze wyrosniete, z dobra proporcja drozdzy, zeby nie bylo ciezkostrawne. To, co sie znajdzie na gorze to juz wolny wybor. Dla mnie im prostsza jest pizza, tym jest smaczniejsza, sporo zalezy od wypieczenia. Zdecydowanie najlepszy sposob pieczenia to ten w piecu na drewno. 

Poza tym odkrylam, ze nie istnieje tylko pizza napoletana, czyli o wysokim ciescie. W Rzymie preferuje sie pizze cienka, troche przypalona. Oczywiscie pizze je sie bez uzycia sztuccy. Kroi sie ja specjalnym nozykiem na trojkaty, te cienka sie sklada i mniam. 

Nie zliczylabym ile pizzy zjadlam przez ostatnie 13 lat, sprobowalam wiele skladnikow, jednak zawsze wracam do Margherity, tej wysokiej. Czasami kupuje tak zwana pizze krojona ( pizza a taglio) , gdzie w malym lokalu wystawione jest kilka lub kilkanascie rodzajow pizzy o duzym owalnym ksztalcie , krojone na kawalki i placone wedlug wagi. 

Mieszkanie w innym kraju to poznawanie nie tylko nowej kuchni, ale rowniez mieszanki roznych smakow. Zaskoczylo mnie miedzy innymi laczenie slonego ze slodkim. Dzieciaki i nie tylko, uwielbiaja pizze z nutella. Slonawe ciasto swietnie laczy sie z orzechowa slodycza czekolady zwlaszcza kiedy ciasto jest jeszcze cieple. Czekolada topi sie delikatnie przez co przykleja sie troche do podniebienia a nastepnie rozplywa sie powoli dajac ogromna radosc malym i duzym. Nigdy bym nie pomyslala, ze takie polaczenie moze dac az tyle emocji, a jednak... jak sie okazuje to wlasnie te najprostsze potrawy czynia szczesliwym i podniebienie i zoladek i nas samych.