sobota, 10 grudnia 2016

PIEKNY CZAS NASTAL PONOWNIE

I ponownie jak co roku piekny czas oczekiwania nadszedl. Chyba najpiekniejszy dla wielu. Czas rozmyslan, wspomnien, marzen i radosci.
Dla mnie to beda juz szesnaste swieta Bozego Narodzenia na obczyznie. Jak ten czas leci...
Wspomnien mam wiele zwiazanych ze swietami. Sa i wesole i smutne. Zachowuje je zazdrosnie i staram sie nie zapomniec. Te najdalej, do ktorych ostatnio siegam zwiazane sa oczywiscie z dziecinstwem.
Moj syn przedwczoraj, kiedy zgodnie z wloska tradycja ubieralismy choinke w swieto Niepokalanej 8 grudnia, zapytal : Mamus, a takie najcudowniejsze swieta , jakie pamietasz, to jakie sa? Oczywiscie te poza tymi ze mna i tata?
Moje dziecko jest bardzo sentymentalnym mlodziencem i lubi rodzinna atmosfere zwlaszcza w swieta. A ja na pytanie bez myslenia za duzo, odpowiedzialam : oczywiscie u dziadkow ze strony mojej mamy. Pamietam doskonale, kiedy bylam mala dziewczynka w Wigilie jechalismy autobusem PKS do babci w Osieku. Robilo sie wczesnie ciemno, ale nie za bardzo, bo przeciez byl snieg. Z dziecinstwa pamietam sporo sniegu, jak skrzypial pod kozakami Relaks, a mroz szczypal w nos. Ja bylam opatulona w czapke i szalik recznie robione na drutach przez babcie i futerkowy plaszczyk ( mam nawet zdjecie w kuferku z Polski). Jeszcze wtedy nie bylo tylu swiatelek na ulicach, ale i tak czulo sie intensywana atmosfere w powietrzu. U babci w domu bylo przyjemnie cieplo, bo sie grzalo jeszcze w kaflowych piecach. Przyklejalam sie do tego pieca zaraz po wejsciu, a dziadek Ignacy pytal co chwile : Agniesiu dodac wegla czy tak jest dobrze? W calym domu mieszaly sie zapachy barszczu, zuru, smazonego karpia i drozdzowego ciasta. Razem z bratem klocilismy sie, kto zje wiecej cukierkow z choinki. Tak. Bo babcia choinke stroila w mnostwo cukierkow. Wtedy miala jeszcze tylko dwoje wnukow, bo brat mamy byl kawalerem, wiec wszystko bylo dla nas. Pamietam dlugie cukierki pakowane w kolorwe sreberka, ktore pelnily role sopli na drzewku, to byly te moje ulubione. Byly jeszcze kasztanki, malaga i inne pysznosci. Oczywiscie choinka babci w szybkim tempie robila sie ubozsza, bo wujek tez sie do tego dokladal, o co, klocilismy sie czesto. Wnuki wygrywaly.
Prezenty pod choinke nie od razu weszly w nasza rodzinna tradycje, raczej uzywalo sie Mikolajki 6 grudnia.
Pierwszy raz, kiedy jednak pod choinka u babci pojawily sie kolorowe pakunki czulam sie najszczesliwsza dziewczynka na swiecie, bo i do mnie Aniolek zawital (tak to sie tlumaczylo, nie mogl byc Mikolaj ponownie). Znalazlam wtedy wymarzonego bobasa ze smoczkiem i gleboki wozek koloru bordeaux . Chyba najcudowniejsze prezenty z dziecinstwa w latach osiemdziesiatych.

Jako starsza juz dziewczyna pamietam, ze lubilam bardzo patrzec wieczorowa pora za okno i obserowac padajacy snieg i odblaski z latarni przy moim bloku. Wypatrywalam pierwsza gwiazde, zebysmy mogli siasc do Wigilii. Wazne bylo tez sluchanie i spiewanie koled. Te wlasnie tradycje przenioslam i do mojej osobistej rodziny. Oczywiscie jest to pomieszane, bo ja po polsku, po angielsku i wszyscy razem po wlosku. Emanuele obowiazkowo czyta o narodzeniu Chrystusa i  zanim usiadziemy do stolu lamiemy sie oplatkiem. W mojej nowej rodzinie bardzo chetnie zostaly przyjete te piekne polskie tradycje.
We Wloszech ubieramy choinke 8 grudnia w swieto Niepokalanej Maryi, a nie tak, jak w Polsce 24 grudnia w Wigilie. Wlaczamy playliste swiateczna i spiewajac najglosniej jak tylko sie da stroimy caly salon i ostatnio pokoj Emanuela. Zajmuje nam to dokladnie caly dzien, bo przy okazji wyglupom i dyskusjom dajemy popust, ale przeciez o to wlasnie chodzi. Dodatkowo trzeba wytlumaczyc kotu, ze bombki to nie jego pileczka i nie powinien probowac zdejmowac ich z choinki. Wystarczy wlaczyc odkurzacz, a on ucieka  do sypialni pod lozko.
Poza choinka przygotowujemy dokladnie i z wypracowanym detalami szopke, ktora w niektorych regionach Wloch jest bardziej wazna od drzewka. W moim polskim domu wystarczylo pod choinke postawic kartonowa szopke i bylo dobrze. Tutaj organizuje sie konkursy na najpiekniejsza i najbardziej fantazyjna kreacje. My ze wzgledu na brak miejsca zadowalamy sie mala inscenizacja Bozego Narodzenia z polskim akcentem. Mamy prawdziwa polska drewniana szopke zrealizowana przez mojego sasiada, 90 letniego dzis artyste, ktory przez lata tworzyl dziela z drewna do parafii z mojej dzielnicy, a szczesciem jest to przyjaciel mojego ojca. Tak wiec ponownie polaczone tradycje.









W tym roku nareszcie znalezlismy troche czasu, zeby wybrac sie do Neapolu i obejrzec najbardziej wymyslne szopki i osobistosci specjalnie do nich przygotowywane. Via San Gregorio Armeno jest znana na calym swiecie. To malenka i waska uliczka typowo wloskiego centrum historycznego, gdzie jest mnostwo malych sklepikow i laboratoriow, w ktorych wykonywane sa recznie szopki i figurki do szopek.
Niestety ze wzgledu na niesamowity tlum i moj niski wzrost nie mialam okazji obejrzec wszystkiego tak dokladnie jakbym chciala, ale i tak jestem zadowolona z wycieczki.
To taka sama atrakcja jak krakowskie szopki, ktore koniecznie trzeba zobaczyc chociaz raz w zyciu.

 


Jak widac dzisiejsze szopki sa dostosowane do panujacej mody. Nie brakuje znanych pilkarzy, piosenkarzy, politykow i temu podobnych. W mojej szopce nie zagoszcza, bo kocham tradycje i trzymam sie ich kurczowo, ale figurki te sa slawne i czesto zamawiane nawet przez wazne osobistosci i oczywiscie kosztuja sporo. Sa kolorowe i troche kiczowate jak na wloskie tradycje przystalo.

W tym roku zapowiada sie mega atrakcyjna i ciekawa Wigilia. Pisze to z lekka ironia i wielkim strachem, bo bedzie cala rodzina mojego meza, w sumie 20 osob, ale juz zapowiedzialam, ze kazdy ma przygotowac cos, zebym nie spedzila w kuchni calego dnia i wieczoru. To ma byc tez specjalny wieczor dla mnie.

W oczekiwaniu na magiczna noc obmyslam menu polsko- wloskie.....

czwartek, 28 kwietnia 2016

PIEKNY OBCAS ITALII - PUGLIA

Wlochy sa piekne i co do tego chyba nikt nie ma watpliwosci. Dla wielu jest ogromnym marzeniem byc we Wloszech choc raz w zyciu. Jest nawet takie powiedzenie "Zobaczyc Rzym i umrzec". Ja Rzym odwiedzam dosc czesto, znam go juz dosc dobrze, ale za kazdym razem chetnie odkrywam jakis nieznany zakatek. Tak tez robimy rodzinnie wykorzystujac wakacje. Chce poznac kraj, w ktorym mieszkam jak najlepiej, bo naprawde warto.

Pierwsze wakacje spedzilismy na Kalabrii w czesci, ktora sie nazywa Costa Sibarita i niestety mimo, ze wakacje byly udane tamta czesc Kalabrii nie zachwycila mnie bardzo.

Zakochalam sie do szalenstwa natomiast w innej poludniowej czesci Wloch. Mam na mysli oczywiscie Puglie zwana po polsku Apulia. Kazdy zakatek tego regionu jest piekny, bogaty w cudowne miejsca a morze zachwycilo nawet mnie mimo, ze nie jestem ekspertem plywania i milosnikiem wody.
Pierwszy nasz pobyt zaplanowalismy az na samym koncu obcasa w czesci, ktora sie nazywa Salento. Mieszkalismy w wynajetym mieszkaniu niedaleko miejscowosci Santa Maria di Leuca skad podczas pieknej pogody z nieskazitelnym niebem widac Afryke. Salento to mieszanka niesamowitych smakow i kolorow poczynajac od ciemnoczerwonej ziemi. Tak! Tam ziemia nie jest brazowa a czerwona, goraca jak krew tych, ktorzy tam mieszkaja. Czerwona jak dojrzale, cudowne pomidory slodkie jak cukierki. Czerwona jak peperoncino, ktore tutaj uzywa sie do wszystkiego, nawet do slodyczy. Czekolada o smaku peproncino to niesamowity afrodyzjak.

Salento to ziemia starych kilkusetletnich gai oliwnych z drzewami o najdziwniejszych formach i majestycznych koronach. To jednoczesnie ziemia suszonych pomidorow, mozna je zobaczyc rozlozone na stolach przed domami lub powieszone jak korale i suszace sie na sloncu. Potem takie wysuszone pomidory wklada sie do sloikow z olejem z oliwy oczywiscie wytloczonego z oliwek zebranych z tych starych drzew. Salento to takze ziemia starej architektury wymyslonej specjalnie z mysla o goracym klimacie tego regionu, czesto klimatu bardzo podobnego do afrykanskiego. Kiedy wieje wiatr scirocco wlasnie z Afryki, jest bardzo, ale to bardzo goraco, wrecz parno nawet w nocy, wilgotno tak, ze nawet bez ruszania czlowiek sie poci i jedynym rozwiazaniem jest kapiel  w morzu od rana do wieczora.


Salento to takze ta czesc Wloch, gdzie morze jest tak nieskazitelnie czyste, az przezroczyste i blyszczace sie odbijajac promienie sloneczne. 



Ze wzgledu na specyficzny klimat czyli dlugie i gorace lato, wysokie temperatury,mieszkancy, ci sprzed wielu lat dostosowali swoje domy tak, aby byly chlodne i przyjemne. Stad znane sa domy zwane trulli lub pagliara. Pagliara byla uzywana w najnizszej czesc Salento, czyli wlasnie tam, gdzie konczy sie kraj. Natomiast trulli mozna zobaczyc w wyzszej czesci Salento. Najbardziej znane miasteczko z trulli to Alberobello ( piekne drzewo). 



To jest pagliara. 


To Alberobello, jedna czesc miasteczka to tylko i wylacznie trulli do tej pory zamieszkale. W dzien mieszkancy bardzo chetnie pokazuja wnetrza, oczywiscie za mala oplata. Nie musze dodawac, ze pelno tu sklepikow z upominkami zwiazanymi wlasnie z tymi dziwnymi domkami. W najwyzszej czesci miasteczka znajduje sie kosciol oczywiscie o tej samej formie. 


Puglia jak zreszta cale Wlochy to ziemia o bardzo bogatej kuchni. Wspomniane juz suche pomidory w oleju to burza smaku dodawanego do wielu potraw zwlaszcza do makaronu a przede wszystkim do bardzo popularnej tu formy  zwanej orecchiette ( uszka), ktore nie maja nic wspolnego z polskimi uszkami. Ich nazwa wywodzi sie oczywiscie z formy podobnej do malego uszka. Najbardziej znane danie z orecchiette to te z liscmi buraka ( cime di rapa) przerobione w sos . Naprawde bardzo dobre. 
Puglia slynie tez precelkow slonych i slodkich ( te slodkie sprobowalam w innej czesci Puglii- Gargano) , ktore sie nazywaja taralli. Niesamowicie dobre i niesamowicie kaloryczne, ale nie da sie poznawac nowych miejsc bez poznawania kuchni. 

W Salento spedzilismy cudowne dwa tygodnie. Po powrocie postanowilismy, ze na pewno wrocimy, ale jak na razie nie udalo sie. 
Wrocilismy jednak do Puglii.  Tym razem troche wyzej, czyli blizej nas. Podroz skrocilismy o prawie polowe, ale i podczas tych wakacji odkrylismy kolejne piekne miejsca. Gargano - polnocna czesc Puglii.


Mieszkalismy w nadmorskiej miejscowosci Peschici nad Adriatykiem, niedaleko innego cudownego wiekszego miasta Vieste ( na zdjeciu). Ta czesc Wloch podlega pod Park Narodowy Gargano. Z jednej strony jest morze z drugiej gory. I tutaj morze jest piekne i czyste. Odkrylam, ze ta prowincja podoba sie bardzo Niemcom i Holendrom. Na plazy rzadko slyszalam wloski jezyk, jedynie chyba ratownika. Gargano nie jest tak gorace jak Salento, no coz nie jest juz tak blisko Afryki, ale na szczescie mimo, ze urlop zorganizowalismy we wrzesniu ( wycienczeni po remoncie) pogoda dopisala .
Peschici to malenkie miasteczko rybackie  pelne waskich i starych uliczek. Domy pomalowane na bialo, zeby bylo je dobrze widac z morza i, zeby slonce nie ogrzewalo za bardzo starych murow. 



Tutaj stary zamek z wieza dzis przerobiony na hotel i restauracje. 



W okolicy sa nadmorkskie jaskinie wyrzezbione przez wode i czas. 


Poswiecilismy jeden poranek i wybralismy na organizowana wycieczke, zeby obejrzec te cuda natury. Ja bardzo boje sie wody, ale jeszcze bardziej lubie poznawac nowe miejsca. Wygrala moja ciekawosc a przegrala koszulka meza. Ze strachu, ze wpadne do morza, zrobilam mu dziure w koszulce, tak bardzo sie jej trzymalam, ale nie wybaczylabym sobie nigdy, gdybym nie wybrala sie zobaczyc tego spektaklu. 
Potem kupilam mu nowa koszulke.  ;-)

Bedac w Gargano nie moglam nie pojechac do San Giovanni Rotondo, ktore znajduje sie 65 kilometrow od Peschici. San Giovanni Rotondo to miasto, ktore znane jest miedzy innymi z Sanktuarium, w ktorym zyl i pracowal Swiety Ojciec Pio. 


Tak naprawde to troche bylismy zmuszeni pojechac do duzego miasta. Nie spodziewalismy sie, ze zostaniemy bez pieniedzy, a dokladnie, ze w dwoch supermerkatach w nadmorskim miasteczku nie beda dzialaly bankomaty. Podjechalismy do pobliskiego Vieste, troche wiekszego od Peschici, ale i tam okazalo sie, ze bankomat naszego banku, skonczyl swoja rezerwe. Nie moglismy skorzystac z innego bankomatu, poniewaz pani z banku, gdzie mamy konto cos pokombinowala z kartami bankomatu i nie moglismy przelac gotowki w bankomatach innych bankow. Przygoda jak z filmu. Zostalismy bez pieniedzy i bez jedzenia. Na drugi dzien musielismy jechac do najblizszego miasta, gdzie znajdowal sie "nasz" bank, czyli wlasnie do San Giovanni Rotondo odleglego o 65 ilometorw. 
Przy okazji zwiedzilismy Sanktuarium...bo maz zakomunikowal, ze drugi raz tej samej drogi nie wykona. Zaznaczam, ze Gargano jest przepiekne, ale pelne drog jak serpentyna. Nasza podroz z Peschici do Sanktuarium trwala prawie trzy godziny...rekord , spowodowany tez kilkoma przystankami, bo zakrety zakrecily nam w glowie i co jakis czas jeden z trzech musial pooddychac gleboko i zatrzymac sie chocby na chwile. 


Kiedy juz dojechalismy, kiedy znalezlismy  bank z dzialajacym bankomatem, udalismy sie do Sanktuarium i do znajdujacego sie dzisiaj tuz obok muzeum poswieconego zyciu i dzialalnosci Ojca Pio. Muzeum oczywiscie jest pelne pamiatek i rzeczy osobistych nalezacych do Swietego. Mozna posluchac nagran z kazaniami Ojca Pio. Nie udalo nam sie zobaczyc zbalsamowanego ciala, ktore w pewnych okazjach jest eksponowane, ale moze to i lepiej, bo jestem raczej przeciwna komercjalizacji spirytualnych miejsc i przyciagania turystow za wszelka cene. 
Wlasnie na koniec perkursu muzealnego , przed samym wyjsciem jest sklepik z pamiatkami. Mozna tam kupic co tylko sie zapragnie, od obrazkow z Ojcem Pio i modlitwami, poprzez rozance i figurki. Mozna bylo tez kupic monety w wygrawerowanym portretem Swietego w ofercie. Jedna moneta kosztowala 3 euro, ale jesli kupowalo sie dwie monety placilo sie 5 euro. Szczerze przyznam, ze bylam lekko zdegustowana, ale wiedzac, ze czlonkowie rodziny byli swiadomi, gdzie bylismy na wakacjach, oczekiwali jakichs pamiatek i kupilismy kilka rozancow i obrazkow. Z nadzieja, ze troche sie co niektorzy nawiedza :-)

Tuz obok Sanktuarium jest  Droga Krzyzowa. Mozna ja wykonac stacja po stacji jak serpentyna lub wchodzac schodami i dochodzac do ogromnego oltarza.



Po wycieczkowym dniu cieszylismy sie z wakacji relaksujac sie nad morzem od rana do poznego popoludnia. Wieczorami wybieralismy na spacery do Peschici albo Vieste.




Teraz czas na inne czesci Wloch. W tym roku zorganizowalismy wakacje na Sycylii, juz nie mozemy sie doczekac.

wtorek, 26 kwietnia 2016

NARESZCIE ....

Powracam....nie zza zaswiatow, ale cos tak jakby. To wszystko raczej przez niepokornosc rzeczy martwych, a prosciej komputer moj ukochany postanowil sie obrazic i popsul sie tak doslownie. Staralam sie go przywrocic do zycia najpierw wlasnymi silami, potem poprzez rozne znajomosci mniej lub bardziej zdolnych komputerowcow, az w koncu poddalam sie. A tak bylam do niego przywiazana. Malutki i zgrabniutki byl. No coz...trzeba bylo sie rozstac i pomyslec o nowym zakupie.
Nowy komputer nie przypadl mi jednak do gustu i szybko go odsprzedalam.
Przez jakis czas zadowalalam sie telefonem komorkowym, w koncu na tyle ile ja korzystam z internetu wystarczalo. Pozerkalam co tam na facebooku, pomarzylam na Pinterest lub instagram i jakos to szlo.
Ale kiedy przyszlo do drukowania dokumentow, skanowania lub co najwazniejsze drukowania zdjec postanowilam rozejrzec sie za jakims komputerem. Mnie wiele do szczescia nie trzeba. Nie jestem ekspertem i nie kombinuje nie wiadomo co ... mnie wystarczy cos tam popisac, pogrzebac przy zdjeciach, zeskanowac i juz. I znalazlam...komputer w rodzinie...dostal moj syn od babci kiedys tam i nie korzystal...
Wlaczylam i posprawdzalam i polubilismy sie...i tak oto moj ci on. Syn pozwolil, on jest na etapie Ipad-a wiec co mu tam po starym (ale jak super dzialalajacym) komputerze.

A w miedzyczasie minal ponad rok od ostatniego wpisu. Trzeba zrobic przeglad w pamieci i kalendarzu. Przebiegam ostatni rok przed straszna tak dla kobiet czterdziestka...i jakos tak nie jest straszno...fakt to nie osiemnastka, ale tez przyjemny wiek, wszystko da sie polubic, jesli tylko troszke sie postaramy.
W tym roku minelo dokladnie pietnascie lat mojego zycia na emigracji. Bilans ogolnie bardzo pozytywny. Oczywiscie widziec Wlochy jako turysta to zupelnie inna rzeczywistosc niz kiedy sie tutaj zyje. Kto tu zyje doskonale wie, ze jest ogromna roznica miedzy poludniem i polnoca, wloska mentalnosc ma niewiele wspolnego z polska i jesli udalo sie emigrantowi zaaklimatyzowac i dostosowac do tutejszych obrzadkow, zycie we Wloszech jest przyjemne i bardzo kolorowe.
Przekonalam sie o tym doskonale miedzy innymi w zeszlym roku kiedy to zdecydowalismy sie z mezem robic dosc duzy remont w jednej czesci domu. Konkretnie musielismy przerobic pokoj Emanuela i duza lazienke. Pierwsza zmiana w programie bylo zakonczenie remontu. Poczatkowo wszystko mialo byc zrobione w niecaly miesiac. W efekcie trwalo ponad dwa miesiace. Nie wiem, jak to przezylismy, ale byla to z pewnoscia niezla proba malzenska...i ogromny egzamin mojej cierpliwosci i trzymania na wodzy nerwow i checi zrobienia krzywdy robotnikom.




Jakby tego bylo malo mieszkalismy w miedzyczasie w pozostalej czesci domu oddychajac codziennie ogromne ilosci kurzu, ktory przedostawal sie wszedzie i nie pomagaly zadne kotary i zaslony. Dodatkowo 2015 byl we Wloszech i chyba nie tylko ,jednym z najgoretszych lat w stuleciu. Dochodzilo do temperatur ponad srednia przez ponad dwa miesiace i oczywiscie nie padalo. Nie pomagalo to w codziennych zmaganiach z robotnikami. Jeden z nich, ten od wiekszych robot, to Polak, ale mieszkajacy tu od lat ,wiec dostosowal sie do panujacych regul doskonale. Dobrze, ze moglam chociaz poklocic sie po polsku i poklnac jak szewc. Nie pamietam ile razy go zwalnialam, a on i tak nic sobie z tego nie robil. Na drugi dzien przychodzil do pracy jak gdyby nigdy nic. Fakt, dokladny byl i przykladal sie jak sie nalezy ( w koncu Polak), ale codziennie cos zmienial, codziennie czegos brakowalo, a kiedy ja pytalam czy czegos potrzeba i czy material jest jak sie nalezy i co najwazniejsze, ile pieniedzy mnie to bedzie kosztowalo , zawsze odpowiadal : Nie martw sie, wszystko da sie zrobic. W najgorszym przypadku jeszcze kilkaset euro...
I te euro tak sobie znikalo z konta w banku, mojemu mezowi przybywalo siwych wlosow a ja krzyczalam w nieboglosy. Dobrze, ze mieszkamy odizolowani i sasiedzi nie slyszeli.
Dalismy jednak rade. Przezylismy i przezyli robotnicy. Najwazniejsze, ze jestem zadowolona z efektu koncowego. To cos tak, jak porod. Kiedy trzymasz w ramionach upragnione dziecko, zapominasz o calym bolu. I ja, kiedy patrze na wychuchany i wydmuchany kazdy detal mojego projektu, usmiecham sie od ucha do ucha i zapominam o calym stresie remontu. 
Kolejny remont mam nadzieje, za kilkadziesiat lat, ale mnie juz chyba wtedy nie bedzie. ;-)



To byl jeden z wazniejszych momentow ubieglego roku, choc moment ten trwal dlugo. Najwazniejszy dzien jednak byl dniem Emanuela. Nareszcie po trzech latach niekonczacego sie przygotowania dzieciaki z czwartych klas mialy swoja Pierwsza Komunie. 
Zanim weszlam w faze remontu trzeba bylo przygotowac ten wazny dla mojego dziecka i dla nas rodzicow dzien. Na szczescie Emanuele nie ma wielkich wymagan i zadowolil sie prostym przyjeciem w tak modnych ( i dobrze) teraz restauaracjach -agriturismo. Wazne bylo, zeby przy lokalu byl jakis plac, gdzie Manu moglby pobawic sie z innymi dziecmi. Natomiast moim zadaniem bylo przygotowanie zaproszen, confetti z niespodzianka dla gosci ( uzywa sie przy waznych uroczystosciach typu chrzciny, komunia czy slub) oraz bilecikow wskazujacych, gdzie kto siedzi. I tu mialam pole do popisu zwlaszcza, ze odkrylam jak bardzo lubie takie robotki i ,ze calkiem niezle sobie radze. Dzisiaj nawet udaje mi sie sprzedawac to, co wychodzi spod moich rak. Oczywiscie musialam dostosowac sie do tradycji i kolorow odpowiednich do uroczystosci. Jesli zas chodzi o confetti, czyli migdaly oblane czekolada lub lukrem, w pudeleczku lub woreczku ma ich byc zawsze nieparzysta liczba dla dobrej wrozby. Zazwyczaj jest ich kilka bialych i jedno innego koloru. W naszym przypadku, byla to Komunia chlopca, czyli jeden niebieski. Bileciki zaznaczajace miejsce przy stole to byl raczej moj wymysl nie tylko dlatego, ze to elegancki sposob na usadowienie gosci, ale miedzy innymi dlatego, ze w rodzinie (chyba kazdej) sa jacys wujkowie lub ciocie, ktore sie nie lubia i nie chca siedziec obok siebie. Chcialam uniknac takich incydentow , co jak sie okazalo wieczor wczesniej wcale nie bylo takie latwe. Bo moj tesc nie lubi synowych, jego dama do towarzystwa nikomu sie nie podoba, a to jedna szwagierka nie rozmawia z druga i jedna kolezanka nie lubi meza tej drugiej....uffff.....I najfajniejsze z tego wszystkiego bylo to, ze w sumie bylo nas 30 osob. Wez tu usadz wszystkich tak,  zeby bylo dobrze. Nie dalam rady zadowolic wszystkich, ale przyjecie udalo sie wspaniale i na szczescie nikt sie z nikim nie poklocil jak to bywa we wloskich rodzinach ( i chyba nie tylko wloskich).





Przez ostatni rok wydarzylo sie naturalnie wiecej, ale te dwa punkty zdecydowanie byly najwazniejsze i najbardziej dla nas istotne. 
Byly jeszcze wakacje w zupelnie nieznanej dla mnie czesci Wloch, jest ostatni rok szkoly podstawowej i wybor gimnazjum, przygotowanie nowej podrozy...tym razem poznam cudowna Sycylie i bede musiala przemoc sie i podrozowac statkiem ( boje sie jak cholera)...ale to juz powoli sie zapisze....

wtorek, 23 grudnia 2014

SWIATECZNY POLSKO - WLOSKI MISZ MASZ


Kolejne swieta przed nami. Jestesmy gotowi cala rodzinka. Dzisiaj przezylam chaos ostatnich zakupow. Byla kolejka nawet po wozek . W sklepie oczywscie tlum, ale musialam odebrac zamowione cozze i vongole (malze duze i male), bo nie moze byc Wigilii bez tradycyjnego makaronu z owocami morza. Dokupilam tez torrone - prostokatna twarda czekolada z calymi orzechami, tym razem z gorzkiej czekolady. Trzeba uwazac na linie, hahaha. Do wozka trafilo tez kilka butelek czerwonego wina, ktore nie boje sie pic nawet do ryby. Wiem, ze do potraw rybnych powinno sie pic biale wino, ale po bialym winie czesto boli mnie glowa, a tego jakos nie chcialabym przezywac w swieta. 

Dom jest wystrojony juz od 8 grudnia. We Wloszech ubiera sie choinke i przygotowuje szopke wlasnie tego dnia. W swieto Nawiedzenia Najswietszej Marii Panny. Jest to wolny dzien od pracy, ktory wloskie rodziny spedzaja na przystrajaniu domow na swieta. Swiateczne ozdoby zdejmuje sie po 6 stycznia, po swiecie Trzech Kroli. Inaczej niz w Polsce, gdzie ubieralismy choinke 24 grudnia i rozbieralismy ja 2 lutego. 

Wlosi uwielbiaja swiatla. Wieszaja je gdzie popadnie. Moj maz tez je lubi. Pamietam pierwsze swieta razem. Kolorowe swiatelka byly porozwieszane w calym domu. Dla mnie to bylo troche przesadzone, bo pachnialo mi kiczem i brakiem gustu, ale nie chcialam psuc duzemu chlopcu zabawy i postanowilam, ze tamtym razem tak moglo byc. Poza tym byly to pierwsze swieta razem, oczekiwalismy dziecka, wiec bylo dobrze. W kolejne swieta wtracalam swoje trzy grosze i pokazalam, ze kocham ustawiac ozdoby i przystrajac dom, ale po swojemu. Maz odpuscil i dal mi wolna reke, ale byl zadowolony z efektu koncowego. Przekonal sie miedzy innymi, ze jednokolorowe swiatelka tworza rownie piekna atmosfere i nie daja wrazenia, ze dom jest jak juke - box.



Do jego zadan nalezy zamontowanie lancuchow choinkowych i swiatel. Ja jestem za malutka, zeby skakac pod sufit , dlatego wybralam sobie za meza wysokiego faceta, haha. No i najwazniejsza praca po ubraniu choinki. Gwiazda na czubku. To obowiazek i tradycja, ze glowa rodziny na sam koniec ubierania choinki wklada gwiazde lub szpic na czubek drzewka. U nas od kilku lat jest gwiazda. 




Ozdabiamy poza tym luk i kominek, 



Co prawda prezenty znajdujemy pod choinka, a nie w skarpecie, ale tradycyjnie juz wieszamy je przy kominku. Moze kiedys i w skarpecie znajdziemy jakies podarki. 

Ja dodatkowo bawie sie w ustawianie roznych ozdobek na stole i stoliczkach. Lubie  czuc magiczna atmosfere swiateczna. 



 I jeszcze stol. 



W tym roku odkurzylam stare pudlo z narzedziami do dekoracji i robotek recznych. To dzieki temu, ze odkrylam wspaniala strone internetowa pinterest.com, na ktorej widzialam mnostwo cudownych pomyslow do dekoracji domu. Wiele z prac zrobionych przez takie same milosniczki jak ja stylu shabby  okazaly sie latwe do zrealizowania. Odwazylam sie i ja, i stworzylam swiateczna korone na drzwi, z ktorej jestem szalenie dumna. 




Tak, tak to moje dzielo. Nie spodziewalam, sie, ze drzemie we mnie az tyle talentu. Okazuje sie, ze to prawda, ze czlowiek uczy sie i doskonali przez cale zycie. 

Moj dom mimo, ze wloski nie bylby moim domem, gdyby nie bylo w nim tez polskich akcentow. Obowiazkowo co roku na honorowym miejscu stawiam recznie malowana i zdobiona bombke, prezent z Polski. 



Przedstawia ona wspaniala polska biala zime, ktorej bardzo mi brak we Wloszech. W regionie, w ktorym mieszkam zima czesto pada, bo jest za cieplo na snieg. 

Kolejna czastka Polski w moim swiatecznym domu to Mikolaj. 



Zostal on przekazany kolejnemu pokoleniu, to jest mojemu synowi. Mikolaj ten zawital w rodzinie chyba 20 lat temu. Rodzice kupili go na bazarze od rosyjskich turystow, ktorzy przyjezdzali na handel do naszego miasta. Przez lata Mikolaj stal pod choinka w moim rodzinnym domu. Kiedy urodzil sie Emanuele , dostal go w prezencie na swoje pierwsze swieta Bozego Narodzenia. Jest to specjalny prezent. Nie tylko dlatego, ze to prezent od dziadka, ale tez dlatego, ze to Mikolaj wedrowca, tak, jak ten z basni. Syn bardzo o niego dba. Mam nadzieje, ze pozna nastepne pokolenia.  
We wloskim domu podczas swiat Bozego Narodzenia nie moze zabraknac szopki. Zwlaszcza na poludniu kraju. Bywa, ze szopka jest wazniejsza od choinki. Na calym swiecie slynne sa szopki z Neapolu. Tak, jak te polskie z Krakowa. W Neapolu robi sie bardzo duze szopki. Ustawia sie rozne krajobrazy i postaci , nie tylko Swieta Rodzine i pasterzy. Zazwyczja pojawiaja sie politycy lub osoby slawne. 
W naszym domu szopka jest nieduza. Nie mamy miejsca, zeby zrobic duza szopke, wiec zadowalamy sie jej mala wersja. 



Nie ma jeszcze Dzieciatka, bo ma sie dopiero urodzic. Zgodnie z tradycja figurke Jezusa stawia sie o polnocy z 24 na 25 grudnia. Stajenke natomast mamy z Polski. Zrobil ja przyjaciel mojego taty. Tak wiec i tutaj lacza sie oba kraje. 



A takie duze szopki mozna zobaczyc we wloskich domach. Tutaj u mojej przyjaciolki. Ze studzienki leciala woda, a u piekarza w piecu byl ogien. 

Jutro wieczorem podczas Wieczerzy polaczymy kolejny raz polskie tradycje z tymi wloskimi. Pomodlimy sie, podzielimy oplatkiem ( we Wloszech sie nie uzywa) i zasiadziemy do stolu . Zaczniemy od barszczu z uszkami, potem zurek z ziemniakami i suszonymi grzybami, spaghetti z malzami , smazony karp  i pieczone krewetki a na koniec pandoro i panettone, orzechy i owoce. No i na wielki final otworzymy prezenty, to tradycja miedzynarodowa, a o polnocy pojdziemy na Pasterke. 

Po raz kolejny przezyje wspaniale polsko-wloskie swieta . 




niedziela, 14 grudnia 2014

EMIGRACYJNA WIGILIA ...

   

Na emigracji staramy sie bardziej kultywowac nasze tradycje. Tesknota za Ojczyzna sprawia, ze przypominaja sie wszelkie obchody, swieta i kulturowe obrzadki. To samo, co w kraju czasami nas nudzi lub nawet denerwuje , poza jego granicami uwielbiamy. Takie to juz dziwne z nas stworzenie.
Ja osobiscie lubilam zawsze raczej wszystkie polskie tradycje, ale przyznaje, ze nie zawsze sie ich kurczowo trzymalam. Najczesciej oczywiscie z lenistwa.

Na obczyznie natomiast pielegnuje je szczegolnie, pokochalam je na nowo i gorliwie przekazuje kolejnemu pokoleniu. Dodatkowo szperam gdzie tylko sie da, zeby dowiedziec sie jak najwiecej i, zeby opowiedziec synowi skad i dlaczego tak jest.

Jednak najlepszym sposobem jest osobiste przezywanie i wprowadzanie bezposrednio takowych tradycji w zycie.
W naszym domu od poczatku mieszamy obie kultury podczas wszystkich swiat. Wychodzi z tego lekki misz masz ,ale jest to bardzo przyjemne.
Dlatego tez bardzo chcialam, zeby zorganizowac cos na Swieta Bozego Narodzenia z rodzicami ze szkoly polskiej, zeby pokazac nie tylko dzieciakom , ale miedzy innymi wloskim rodzicom typowe polskie swieta.

W koncu na calym swiecie krazy opinia, ze polskie Boze Narodzenie jest jednym z najpiekniejszych , a juz na pewno polska Wigilia.
Jako, ze pochodzimy z roznych stron Polski , kazdy pokazalby cos odpowiedniego ze swoich okolic.
I tak zorganizowalismy wspaniala polska Wigilie. Nieco wczesniej, bo niektorzy szczesciarze wybieraja sie do Polski na swieta, a bardzo chcielismy byc wszyscy w ten dzien



Oczywiscie wieczerze przygotowalismy w szkole, w ktorej odbywaja sie lekcje jezyka polskiego. Kazdy mial przygotowac jedna z potraw typowych wigilijnych w domu rodzinnym. 
U mnie od kiedy pamietam na stole krolowal miedzy innymi smazony karp. Bez karpia nie bylo Wigilii. Jeszcze dzis pamietam jak jako mala dziewczynka najpierw u babci w Osieku, a potem juz w domu rodzinnym, patrzylam na jeszcze zywe karpie, ktore plywaly w wannie. Dawalam im nawet imiona, choc wiedzialam, ze pozniej je zjem. Brzmi to drastycznie, ale w koncu to przeciez lancuch biologiczny. 
Pozniej wieczorem czulo sie w calym domu intensywny zapach smazonego karpia. Bylo to ostanie danie naszej Wigilii, to najbardziej wyczekiwane, przynajmniej przeze mnie. 
Na polskiej wigilii niestety nie bylo karpia, ale przygotowalismy z mezem rybe perska 
( pesce persico) w ten sam sposob i chyba odnieslismy sukces. W kazdym razie podczas smazenia czulam ten sam zapach, co podczas naszej tradycyjnej Wigilii. Moze to tez dlatego, ze wlaczylam sobie muzyke swiateczna, zaswiecone byly wszystkie swiatelka, choinka ( we Wloszech sie zdobi domy 8 grudnia) , wiec atmosfera byla, jak najbardziej swiateczna. Mysle jednak, ze to glownie dzieki sposobowi smazenia. Wigilijny karp ma byc smazony na masle, a przede wszystkim musi byc odpowiednio opanierowany. Tutaj oddalam paleczke malzonkowi, jest zdecydowanie lepszym kucharzem ode mnie. I musze przyznac, ze poszlo mu to doskonale. Wspaniale polaczenie - polski przepis przygotowany przez Wlocha- wyszlo bardzo smaczne, nie zostalo nic. 

Ale wracjac do grupowej Wigilii. Rozpoczelismy tradycyjnie oplatkiem.




Dla niektorych Wlochow byla to totalna nowosc, ale bardzo przyjemna.W koncu zawsze milo jest zyczyc sobie wszystkiego co najlepsze na nadchodzacy rok i nie tylko. Skladanie zyczen troche trwalo, bo grupa jest dosc liczna, no i w koncu zasiedlismy do stolu. 
Podano barszczyk ...wspanialy, odpowiednio kwasny, przygotowany ze swiezych buraczkow. A do tego placuszek z kapusta i grzybami. Jadlam go pierwszy raz w zyciu. U mnie w domu barszcz podaje sie z uszkami z grzybami. 




Potem jedlismy kapuste z grzybami z dodatkiem smietany. I tej potrawy nigdy nie jadlam podczas rodzinnej Wigilii. My Polki bylysmy bardzo ciekawe jak zareaguja na kwasna kapuche nasi wloscy malzonkowie. Zachowali sie jednak mesko i godnie sprobowali i nawet nie mruzyli bardzo oczu. 
Po kapuscie na stole pojawily sie krokiety z nadzieniem jajeczno-grzybnym. Kolejne nowe dla mnie danie. 
Jedlismy rowniez ryby w sosie pomidorowym, ryby w sosie chrzanowym i jeszcze jakims innym , tyle tego bylo. Nie zabraklo rowniez tradycyjnej salatki jarzynowej, ktora tutaj nie wiadomo czemu nazywa sie salata ruska (insalata russa). Oczywiscie obronilysmy poskie imie i wytlumaczylysmy, ze to polska salatka, bardzo slawna w polskich domach i grzechem jest nazywanie jej ruska. Ostania ze slonych potraw byla nasza ryba. 

Bylismy juz bardzo syci, a tu jeszcze czekaly na nas slodkosci i jedna z ciekawych krakowskich potraw. Makaron lazankowy z makiem, grzybami i rodzynkami. Poczatkowo mialam watpliwosci . Jakos dziwne mi sie wydawalo polaczenie makaronu z makiem, ale okazalo sie, ze mylilam sie. Danie smakowalo mi. 

Ze slodkosci byla rowniez wloska crostata , to tak na udobruchanie mezow, szarlotka i typowy polski sernik z rodzynkami. Co wazne sernik zrobiony byl z polskiego sera kupionego specjalnie na te okazje w polskim sklepie w Rzymie. Nie musze oczywiscie pisac, ze byl wysmienity, ale pisze to, bo naprawde byl przepyszny. 
W ogole wszystko bylo wpsaniale, a najbardziej atmosfera i towarzystwo. W Wigilie nie ma co myslec o dietach i uwazaniu na linie. Trzeba sprobowac wszystko, troszke, ale wszystko. Zwlaszcza, ze wszystko bylo dobre. 

Takie spotkania rodza wspomnienia, bardzo mile wspomnienia. Kazdy opowiadal jak to sie obchodzi swieta w ich domach, jakie sie je potrawy, w ktorym domu kladzie sie sianko pod obrus,a gdzie zostawia sie wolne miejsce dla nieznajomego przybysza. Najzabawniejsze zdecydowanie byly opowiesci o karpiach plywajacych w wannach. Dowiedzialam sie, ze nie tylko ja dawalam im imiona. Byl nawet jeden odwazny osobnik, ktory mial okazje wykapac sie karpiem, przez przypadek, ale jednak. Karp przeniesiony na czas kapieli do miski mial widocznie malo miejsca i przeskoczyl z miski do wanny. Pan domu szybko zakonczyl swoja kapiel, co zaloze sie bardzo ucieszylo karpia. 

Bardzo mily wieczor w doborowym towarzystwie. Po raz kolejny okazalo sie, ze Polska Wigilia jest najpiekniejsza na swiecie.
A teraz mamy kilka dni na przygotowanie sie do rzeczywistych swiat w rodzinnych domach. 

wtorek, 9 grudnia 2014

JASELKA, MIKOLAJ CZYLI SWIETA ZA PASEM


Dawno mnie tu nie bylo, ale od wrzesnia, czyli od rozpoczecia szkoly czas biegnie jak szalony.
W tym roku zajec mamy co nie miara. Poza szkola jest taekwondo, katecheza w sobotnie popoludnia i dodatkowo zajecia w szkole jezyka polskiego. Tak!!!

W miejscowosci niedaleko nas polski ksiadz udostepnil koscielne pomieszczenia dla Polakow i tak narodzilo sie przedszkole i kurs jezyka polskiego dla dzieci w wieku szkolnym. Oczywiscie podjelismy sie z Emanuelkiem tego wyzwania bez mrugniecia okiem, bo w koncu moj syn powinien znac jezyk ojczysty mamy.
Ze mna rozmawia po polsku malo, mama przeciez i tak rozumie. Kiedy namawiam, zeby sie bardziej staral , szybko znajduje wymowki. Nie zna polskich dzieci, wiec trudno mu znalezc kogos, poza mama, z kim moglby rozmawiac w tym jezyku. A tu latka leca i problem sie powieksza. Szybko sie zapomina, jesli nie praktykuje sie.
W polskiej szkole nie tylko przebywa wsrod polskich dzieciakow, ale i uzywa polskiego podrecznika i uczony jest przez nauczycielke z Polskiej Szkoly przy Ambasadzie. Musi odrabiac zadania, uczyc sie na pamiec, ale robi to bardzo chetnie i co poniedzialek jest przygotowany na kolejne lamanie jezyka. Bo tak to wlasnie wyglada, jak ciezka gimnastyka szczeki.
W jezyku polskim jest sporo liter, ktore sa tylko w naszym jezyku, mnostwo podwojnych spolglosek i trudna wymowa. Alfabet wloski ma tylko dwadziescia jeden liter a wymowa jest bardzo melodyjna i latwa.
Widze jednak, ze syn lubi te lekcje, jest bardzo dumny, kiedy dobrze wymawia trudne wyrazy ,a jeszcze bardziej dumny, kiedy dobrze napisze cale zdanie.
A do nauki poza ksiazka ze szkoly uzywa rowniez stara metode znana niejednemu Polakowi.





Mimo, ze od pierwszej lekcji minely tylko dwa miesiace, panie nauczycielkie podjely sie odwaznego zadania. Jaselka. I to Jaselko wylacznie po polsku z polskimi koledami, bo w koncu najpiekniejsze na swiecie. 
Poczatkowo bylam nieco przerazona. Emanuele mowi niewyraznie i nie rozumie wszystkiego, ale spodobal sie mu pomysl zwlaszcza, ze mial byc Jozefem. Dobra, mowie, robimy to ,ale tak na maksa, zeby bylo super i, zebysmy sie nie powstydzili przed widownia. Przygotowania na hura, bo czasu malo i ilez mozna zrobic w trzy godziny tygodniowo, ale dalismy rade. W domu codziennie Manu czytal koledy . Dzieciaki i rodzice spiewali Lulajze Jezuniu, Przybiezeli do Betlejem i W zlobie lezy. Dwie ostatnie trudne jezykowo i to bardzo. Manu czytal i czytal i lamal biedaczek jezyk, ale uparl sie, ze da rade, wiec ja mu nie przeszkadzalam. Dzis cale popludnie spiewal pod nosem Przybiezeli do Betlejem Pasterze , a mamie bylo tak fajnie cieplo na serduchu....

W niedziele siodmego grudnia odbyly sie Polskie Jaselka we wloskim kosciele. Przybyli zaproszeni goscie, rodzice no i oczywiscie mali aktorzy. 



Byla Maryja z Jozefem i dzieciatkiem, byli aniolowie i pasterze, byla gwiazda polarna i Krakowianka, ktora o wszystkim glosila. Dzieciaki spisaly sie na medal, swietnie recytowaly po polsku i cudownie spiewaly, z niewielka pomoca rodzicow. Bo z polskimi koledami to jest tak, ze jak je slyszysz, to trudno stac cicho i nie spiewac, serce samo rwie sie do koledowania. 




A po przedstawieniu na dzieciaki czekala wspaniala niespodzianka. Dzien wczesniej przeciez polskie dzieci odwiedzil Swiety Mikolaj. Nie moglo Go zabraknac rowniez u naszych malych Polakow.Co prawda we Wloszech do dzieci przybywa Stara Czarownica  6 stycznia, ale te dzieci sa szczesciarzami. Swietuja podwojne swieta i otrzymuja podwojne prezenty. 



Oczywiscie najpierw Mikolaj pytal czy maluchy byly grzeczne. Jakos nikt nie wrocil do domu z rozga....za to z polskimi slodkosciami. 

Zeby odpowiednio zamknac ten wspanialy dzien wszyscy podzielili sie oplatkiem i udali sie na poczestunek, gdzie glowna atrakcja byla szopka zrobiona w tradycyjnej wloskiej babce  drozdzowej Panettone. 



Panettone to tradycyjna babka drozdzowa obowiazkowa na kazdym stole w Boze Narodzenie razem z Pandoro, babka biszkoptowa. Ja zdecydowanie wole Pandoro, bo jest delikatniejsze. Najlepsze jest posypane cukrem pudrem i troszke podgrzanym w piecu.....rozpuszcza sie w ustach. Moje chlopaki zas bija sie o Panettone, zwlaszcza, jesli ma sporo rodzynek i migdalow. I tak u mnie na swieta od kiedy mieszkam we Wloszech musi byc sernik wlasnej roboty oczywiscie i pandoro z panettone. No i karp. I swieta wtedy zawsze sa udane. !

wtorek, 22 lipca 2014

TIVOLI MOJ DRUGI DOM

 Gdyby ktos mi powiedzial 20 lat temu, ze jedno z moich marzen spelni sie rzeczywiscie chyba bym mu sie zasmiala w twarz. Bedac nastolatka marzen mialam co niemiara. Jak kazdy nastolatek. Glowa wiecznie w chmurach marzac na jawie.

Jak sie jednak okazalo juz po kilku latach, jesli wierzysz naprawde i bardzo czegos chcesz, ciezko na to pracujac mozna dojsc do celu. Grzebien, do ktorego mowilam siedzac przy biurku, udajac, ze jestem dziennikarka radiowa, zmienil sie w prawdziwy mikrofon. Walkman stal sie dyktafonem cyfrowym, a ja zamienilam sie w szalona reporterke.
Zapomnialam w miedzyczasie, ze chcialam zamieszkac we Wloszech, a przygoda ta czekala na mnie tuz za drzwiami.

Od 2001 do 2004 mieszkalam w Rzymie. A od lipca  2004 mieszkam w Tivoli. Oddalilam sie od Rzymu o 30 kilometrow.

Nadal kocham moje rodzinne miasto Oswiecim i nic nigdy tego nie zmieni, ale Tivoli tez jest pieknym miastem, ktore troszke dzisiaj przedstawie.

W rzeczywistosci nasz dom znajduje sie na peryferiach miasta, w czesci wiejskiej, jak ja to nazywam. Wokol domu jest mnostwo zieleni, lasy, gaje oliwne i malo domow. Miejsce bardzo spokojne. Po troche wrzasku trzeba podjechac w gore kilka kilometrow do centrum miasta, usytuowanego jak wiekszosc miasteczek we Wloszech na wzgorzu.

Tivoli znajduje sie w centralnych Wloszech w wojewodztwie Lazio, podnalezy pod Rzym. Miasto jest mniej wiecej tak samo duze jak Oswiecim , mieszka tu 52 tysiecy osob.

W starozytnosci nosilo nazwe Tibur i mowi sie, ze jest starsze od Rzymu. Przez miasto od lewej strony plynie rzeka Aniene. Od poznych lat republikanskich w Tivoli budowano wiele willi rzymskich bogaczy, ktorych resztki dzisiaj mozna zwiedzac, jak np. Villa Gregoriana.



Atrakcji tutaj nie brakuje, jak zreszta w calych Wloszech. Pamietam pierwszy raz kiedy poszlam zwiedzac Villa d'Este. Miejsce przepiekne. Byla to siedziba kardynala Ippolito II d'Este, ktory zostal nominowany gubernatorem Tivoli w 1550 roku. Postanowil on zrealizowac te piekna wille, nazwijmy ja tak, ktorej nadal imie swojej rodziny - Villa d'Este. Jest ona slynna nie tylko z cudownych freskow wewnatrz palacu, ale miedzy innymi z ogromnego ogrodu pelnego ornamentalnych fontann. 



Co roku latem od poczatku lipca do wrzesnia w weekendy mozna zwiedzac Villa d'Este poznym wieczorem. Ponadto czesto organizowane sa koncerty muzyki powaznej . W takiej kompozycji to niesamowite zdarzenie i przezycie. 

W samym centrum miasta znajduje sie budowla troche mlodsza od starozytnych ruin. To barbakan z XV wieku Rocca Pia. 



Sluzyl on do obrony miasta oczywiscie. W osiemnastym wieku zostal on zajety przez wojska francuskie, ktore uzywaly go jako noclegownia, a pozniej jako wiezienie. 
Dzisiaj u podnozy odkryto ruiny starozytnego amfiteatru, a sam barbakan mozna zwiedzac tylko w malej czesci. Niestety nie zostal odrestaurowany i nie nadaje sie do pokazania w calej okazalosci. 

U podnozy miasta  znajduje sie letnia rezydencja imperatora Adriana, zwana Villa Adriana. 



Wybudowana w II  wieku przed narodzeniem Chrystusa ta ogromna rezydencja byla pelna wspanialych basenow, lazni i rzezb. Dzis oczywiscie pozstaly raczej ruiny, ale zachowal sie dostojnie wielki basen  oraz mnostwo rzezb.



Dla chcacych zwiedzic to miejsce radze zalozyc pare bardzo wygodnych butow, bo Villa Adriana jest ogromna. Nam zwiedzenie jej zajelo kilka godzin, ale naprwde warto, bo to piekne miejsce.

Tivoli to niewielkie miasto z przepieknym centrum historycznym. Latem czesto chodzimy na lody i wieczorne spacery po zaulkach kryjacych wiele ciekawostek. 



Tu podczas ostatniego spaceru Starym mostem w poszukiwaniu wody. Takie kraniki na szczescie we Wloszech sa wszedzie obecne. Mimo, ze lato tego roku nas nie rozpieszcza i bardzo czesto pada, ale kiedy jest sloneczny dzien, wtedy jest upal, ze hej i te kraniki z zimna woda gasza pragnienie w mig.



Lubie to moje nowe miasto, chaotyczne jak cale Wlochy, ale ma swoj czar i urok. Jedyne, czego nie lubie to to, ze bedac usytuowane na wzgorzu droga prowadzaca do Tivoli jest pelna zakretow i chociaz jestem dobrym kierowca takie zakrecone drogi nie naleza do moich ulubionych. To taka mala dywersja.

Goraco zapraszam do Tivoli , a jak ktos lubi zwierzeta to chetnie przedstawie moich sasiadow.