wtorek, 26 kwietnia 2016

NARESZCIE ....

Powracam....nie zza zaswiatow, ale cos tak jakby. To wszystko raczej przez niepokornosc rzeczy martwych, a prosciej komputer moj ukochany postanowil sie obrazic i popsul sie tak doslownie. Staralam sie go przywrocic do zycia najpierw wlasnymi silami, potem poprzez rozne znajomosci mniej lub bardziej zdolnych komputerowcow, az w koncu poddalam sie. A tak bylam do niego przywiazana. Malutki i zgrabniutki byl. No coz...trzeba bylo sie rozstac i pomyslec o nowym zakupie.
Nowy komputer nie przypadl mi jednak do gustu i szybko go odsprzedalam.
Przez jakis czas zadowalalam sie telefonem komorkowym, w koncu na tyle ile ja korzystam z internetu wystarczalo. Pozerkalam co tam na facebooku, pomarzylam na Pinterest lub instagram i jakos to szlo.
Ale kiedy przyszlo do drukowania dokumentow, skanowania lub co najwazniejsze drukowania zdjec postanowilam rozejrzec sie za jakims komputerem. Mnie wiele do szczescia nie trzeba. Nie jestem ekspertem i nie kombinuje nie wiadomo co ... mnie wystarczy cos tam popisac, pogrzebac przy zdjeciach, zeskanowac i juz. I znalazlam...komputer w rodzinie...dostal moj syn od babci kiedys tam i nie korzystal...
Wlaczylam i posprawdzalam i polubilismy sie...i tak oto moj ci on. Syn pozwolil, on jest na etapie Ipad-a wiec co mu tam po starym (ale jak super dzialalajacym) komputerze.

A w miedzyczasie minal ponad rok od ostatniego wpisu. Trzeba zrobic przeglad w pamieci i kalendarzu. Przebiegam ostatni rok przed straszna tak dla kobiet czterdziestka...i jakos tak nie jest straszno...fakt to nie osiemnastka, ale tez przyjemny wiek, wszystko da sie polubic, jesli tylko troszke sie postaramy.
W tym roku minelo dokladnie pietnascie lat mojego zycia na emigracji. Bilans ogolnie bardzo pozytywny. Oczywiscie widziec Wlochy jako turysta to zupelnie inna rzeczywistosc niz kiedy sie tutaj zyje. Kto tu zyje doskonale wie, ze jest ogromna roznica miedzy poludniem i polnoca, wloska mentalnosc ma niewiele wspolnego z polska i jesli udalo sie emigrantowi zaaklimatyzowac i dostosowac do tutejszych obrzadkow, zycie we Wloszech jest przyjemne i bardzo kolorowe.
Przekonalam sie o tym doskonale miedzy innymi w zeszlym roku kiedy to zdecydowalismy sie z mezem robic dosc duzy remont w jednej czesci domu. Konkretnie musielismy przerobic pokoj Emanuela i duza lazienke. Pierwsza zmiana w programie bylo zakonczenie remontu. Poczatkowo wszystko mialo byc zrobione w niecaly miesiac. W efekcie trwalo ponad dwa miesiace. Nie wiem, jak to przezylismy, ale byla to z pewnoscia niezla proba malzenska...i ogromny egzamin mojej cierpliwosci i trzymania na wodzy nerwow i checi zrobienia krzywdy robotnikom.




Jakby tego bylo malo mieszkalismy w miedzyczasie w pozostalej czesci domu oddychajac codziennie ogromne ilosci kurzu, ktory przedostawal sie wszedzie i nie pomagaly zadne kotary i zaslony. Dodatkowo 2015 byl we Wloszech i chyba nie tylko ,jednym z najgoretszych lat w stuleciu. Dochodzilo do temperatur ponad srednia przez ponad dwa miesiace i oczywiscie nie padalo. Nie pomagalo to w codziennych zmaganiach z robotnikami. Jeden z nich, ten od wiekszych robot, to Polak, ale mieszkajacy tu od lat ,wiec dostosowal sie do panujacych regul doskonale. Dobrze, ze moglam chociaz poklocic sie po polsku i poklnac jak szewc. Nie pamietam ile razy go zwalnialam, a on i tak nic sobie z tego nie robil. Na drugi dzien przychodzil do pracy jak gdyby nigdy nic. Fakt, dokladny byl i przykladal sie jak sie nalezy ( w koncu Polak), ale codziennie cos zmienial, codziennie czegos brakowalo, a kiedy ja pytalam czy czegos potrzeba i czy material jest jak sie nalezy i co najwazniejsze, ile pieniedzy mnie to bedzie kosztowalo , zawsze odpowiadal : Nie martw sie, wszystko da sie zrobic. W najgorszym przypadku jeszcze kilkaset euro...
I te euro tak sobie znikalo z konta w banku, mojemu mezowi przybywalo siwych wlosow a ja krzyczalam w nieboglosy. Dobrze, ze mieszkamy odizolowani i sasiedzi nie slyszeli.
Dalismy jednak rade. Przezylismy i przezyli robotnicy. Najwazniejsze, ze jestem zadowolona z efektu koncowego. To cos tak, jak porod. Kiedy trzymasz w ramionach upragnione dziecko, zapominasz o calym bolu. I ja, kiedy patrze na wychuchany i wydmuchany kazdy detal mojego projektu, usmiecham sie od ucha do ucha i zapominam o calym stresie remontu. 
Kolejny remont mam nadzieje, za kilkadziesiat lat, ale mnie juz chyba wtedy nie bedzie. ;-)



To byl jeden z wazniejszych momentow ubieglego roku, choc moment ten trwal dlugo. Najwazniejszy dzien jednak byl dniem Emanuela. Nareszcie po trzech latach niekonczacego sie przygotowania dzieciaki z czwartych klas mialy swoja Pierwsza Komunie. 
Zanim weszlam w faze remontu trzeba bylo przygotowac ten wazny dla mojego dziecka i dla nas rodzicow dzien. Na szczescie Emanuele nie ma wielkich wymagan i zadowolil sie prostym przyjeciem w tak modnych ( i dobrze) teraz restauaracjach -agriturismo. Wazne bylo, zeby przy lokalu byl jakis plac, gdzie Manu moglby pobawic sie z innymi dziecmi. Natomiast moim zadaniem bylo przygotowanie zaproszen, confetti z niespodzianka dla gosci ( uzywa sie przy waznych uroczystosciach typu chrzciny, komunia czy slub) oraz bilecikow wskazujacych, gdzie kto siedzi. I tu mialam pole do popisu zwlaszcza, ze odkrylam jak bardzo lubie takie robotki i ,ze calkiem niezle sobie radze. Dzisiaj nawet udaje mi sie sprzedawac to, co wychodzi spod moich rak. Oczywiscie musialam dostosowac sie do tradycji i kolorow odpowiednich do uroczystosci. Jesli zas chodzi o confetti, czyli migdaly oblane czekolada lub lukrem, w pudeleczku lub woreczku ma ich byc zawsze nieparzysta liczba dla dobrej wrozby. Zazwyczaj jest ich kilka bialych i jedno innego koloru. W naszym przypadku, byla to Komunia chlopca, czyli jeden niebieski. Bileciki zaznaczajace miejsce przy stole to byl raczej moj wymysl nie tylko dlatego, ze to elegancki sposob na usadowienie gosci, ale miedzy innymi dlatego, ze w rodzinie (chyba kazdej) sa jacys wujkowie lub ciocie, ktore sie nie lubia i nie chca siedziec obok siebie. Chcialam uniknac takich incydentow , co jak sie okazalo wieczor wczesniej wcale nie bylo takie latwe. Bo moj tesc nie lubi synowych, jego dama do towarzystwa nikomu sie nie podoba, a to jedna szwagierka nie rozmawia z druga i jedna kolezanka nie lubi meza tej drugiej....uffff.....I najfajniejsze z tego wszystkiego bylo to, ze w sumie bylo nas 30 osob. Wez tu usadz wszystkich tak,  zeby bylo dobrze. Nie dalam rady zadowolic wszystkich, ale przyjecie udalo sie wspaniale i na szczescie nikt sie z nikim nie poklocil jak to bywa we wloskich rodzinach ( i chyba nie tylko wloskich).





Przez ostatni rok wydarzylo sie naturalnie wiecej, ale te dwa punkty zdecydowanie byly najwazniejsze i najbardziej dla nas istotne. 
Byly jeszcze wakacje w zupelnie nieznanej dla mnie czesci Wloch, jest ostatni rok szkoly podstawowej i wybor gimnazjum, przygotowanie nowej podrozy...tym razem poznam cudowna Sycylie i bede musiala przemoc sie i podrozowac statkiem ( boje sie jak cholera)...ale to juz powoli sie zapisze....

2 komentarze:

  1. Dobrze, że wróciłaś i dobrze wiem co to remont. Nie jeden wlos siwy mi z tej przyczyny przybył. Buziaki i nie znikaj

    OdpowiedzUsuń
  2. Mam nadzieje juz pozostac tutaj na blogu. Buziaki

    OdpowiedzUsuń